Recenzje

Wyniki wyszukiwania frazy "145" [2]

  1. 1
  2.  ... 
  1. fotzas

    Zdjęcia cyfrowe w oświetleniu zastanym. Fascynując historia od Available Light do HDR. Poradnik dla fotoamatorów

    Przyznaję, że czuję się bardzo niekomfortowo, podejmując dyskusję z Andrzejem A. Mroczkiem – autorem podręczników fotograficznych, którego cenię zarówno za wiedzę, jak i za talent popularyzatorski. Uprzedzę też od razu, że „Zdjęcia cyfrowe w oświetleniu zastanym” uważam za książkę w znacznej części ciekawą i wartościową, ale w pewnych aspektach mocno dyskusyjną. I na tych spornych kwestiach skupię się w recenzji, aby czytelnicy książki mogli – jeśli uznają moje racje – ominąć treści wątpliwe, a skorzystać z tego, co w książce Andrzeja Mroczka przydatne i interesujące.

    Flesz jest be

    Zastrzeżeń do „Zdjęć cyfrowych w świetle zastanym” mam kilka, o różnym ciężarze gatunkowym. Zacznę od rzeczy najpoważniejszej – generalnego założenia, które legło u podstaw powstania książki, a które autor wyraża kilkukrotnie na jej łamach, np. zaraz na początku: „po co oślepiać kogoś błyskiem, jeśli bez błyskania […] można zrobić fotografie nie tylko pozbawione widocznych błędów, ale znacznie bardziej fascynujące” (s.28). W skrócie: nieużywanie lampy błyskowej daje lepsze, atrakcyjniejsze efekty niż jej użycie. Nawet użycie umiejętne, nawet przy zastosowaniu błysku odbitego czy lampy zdjętej z aparatu – bo do tych zaawansowanych technik autor się również odnosi.

    Tymczasem to nieprawda, bo nie uwzględnia jednej istotnej zalety umiejętnego użycia flesza – pozwala on kształtować światło. W zasadzie autor jest świadomy tej zalety flesza – ale tę świadomość wyraża w jednym jedynym zdaniu w całej książce, pomijając wynikające z tego zdania konsekwencje. Zdanie to brzmi: „Kolejną zaletą lamp studyjnych jest […] możliwość dowolnego kształtowania strumienia światła” (s.25). No właśnie – flesz pozwala dodać światło tam, gdzie go brakuje, w taki sposób, w jaki chce sprawny fotograf. Lampa może dać światło ostre, ale także miękkie i rozproszone, świecić w linii obiektywu, ale również wprowadzić do sceny brakujące oświetlenie kierunkowe. Andrzej Mroczek z pewnością wie o tym wszystkim, ale... z tym dyskutuje. A konkretnie dyskutuje z Joe'm McNallym. Najpierw jednak przegrywa... sam ze sobą, prezentując dla porównania dwa portrety, w tym jedyne w tej książce wykonane z użyciem lampy (s.22). Ma to wykazać, że zdjęcie wyłącznie w oświetleniu zastanym jest lepsze, ale nie bardzo to widać. Na portrecie bez lampy obaj chłopcy mają twarze w cieniu, podczas gdy zdjęcie z lampą odbitą od sufitu dało ładne, plastyczne oświetlenie skierowanej w górę połowy twarzy leżącego chłopca.

    Spór z McNallym

    Polski fotograf dyskutuje z amerykańskim specjalistą od lamp błyskowych całkiem wprost, odwołując się w swojej książce zarówno do „Uchwycić moment”, jak i „Z pamiętnika lampy błyskowej”. Jakie padają argumenty? Nieco demagogiczne, jak ten, że fotografie McNally'ego „wykonane zostały z wykorzystaniem kosztownego i ciężkiego wyposażenia” (s.28). Owszem, McNally lubi epatować „drzewkiem zagłady”, ale przecież jedna trzecia „Z pamiętnika...” to część zatytułowania „Jedna lampa” – i mnóstwo przykładów, jak wiele można osiągnąć stosując tylko jeden flesz. Ani to ciężkie, ani specjalnie kosztowne.

    Co proponuje polski autor zamiast? Dwie metody: wysokie ISO lub – na wysokokontrastowe sytuacje – bracketing ekspozycji, składany później w HDR-a. I jako dowód wyższości swojej techniki nad użyciem fleszy proponuje ciekawy trójstronny pojedynek: portret przy świecy. Punktem odniesienia jest zdjęcie ze s. 108 „Uchwycić moment”, a trzecią stroną pojedynku jest malarz Godfried Corneliusz i jego obraz „Dziewczyna ze świecą” (do obejrzenia tutaj). Malarz kompresuje kontrast za pomocą farb i pędzla, McNally go wyrównuje fleszem, a polski autor proponuje kilka różnych ekspozycji i łączenie ich w HDR. Zwycięzcą tego pojedynku jest... malarz. Drugie miejsce zajmuje moim zdaniem bezdyskusyjnie NcNally. Dlaczego bezdyskusyjnie? Bo Andrzej Mroczek nie osiągnął celu, który sam sobie wyznaczył – nie pokazał portretu przy świecy. Wykonał serię zdjęć o czasach od 1/500 do 8 sekund i z tego skleił zdjęcie... świecy. Owszem, świeca ładna, ale gdzie jest portret oświetlonej nim osoby? Co więcej, gdzie jest blask od świecy? Widzimy ładnie zarejestrowany płomień, ale nic więcej. 8 sekund naświetlania i mamy tylko płomień? A gdzie oświetlona nim postać? Jak długo trzeba by wówczas naświetlać zdjęcie? Jak wtedy uzyskać brak poruszenia postaci? Na te wszystkie pytania nie otrzymujemy odpowiedzi. A McNally swoją metodą zrobił portret grupie dziewczynek...

    Analiza niedługiego w końcu fragmentu może wydawać się przydługa, ale służy ona uświadomieniu poważnej luki w metodzie promowanej przez Andrzeja Mroczka. Jeśli, jak zachęca autor książki, zrezygnujemy z użycia lampy błyskowej, to po prostu tracimy część możliwości fotograficznych, rezygnujemy z uzyskania pewnych kadrów czy atrakcyjnego wyglądu innych zdjęć. I nie zrekompensujemy tego wcale wysokim ISO ani HDR-ami.

    Nieporozumienia

    Mam do różnych fragmentów książki też nieco zastrzeżeń różnego kalibru. Cześć z nich to z pewnością efekt nieporozumień, niezrozumienia przez autora pewnych kwestii czy nieprecyzyjnego przetłumaczenia informacji obcojęzycznych.

    Książka „Zdjęcia cyfrowe w świetle zastanym” jest jedynym znanym mi źródłem, które podaje, że głębia ostrości aparatu pełnoklatkowego jest... większa niż aparatu z matrycą APS-C. Właśnie – większa, a nie mniejsza! I żeby było ciekawiej – autor ma rację... na swój sposób. Bo zakłada, że porównujemy fotografowanie tym samym obiektywem, przy tej samej wartości przysłony, z tego samego miejsca i przy ostrości ustawionej na ten sam dystans. Owszem, wówczas głębia ostrości będzie większa w aparacie pełnoklatkowym, ale kadry będą zupełnie różne. Jest to więc prawda z góralskiego gatunku „tyż prowda” - formalnie zgodna z faktami, tyle że zupełnie nieprzydatna. Gdy zmienimy warunki na bliższe fotograficznej praktyki, czyli z tego samego miejsca, przy tej samej przysłonie i tym samym dystansie do celu chcemy mieć ten sam kąt widzenia (a więc różne ogniskowe – ale ten sam kadr), to oczywiście aparat pełnoklatkowy będzie miał płytszą głębię ostrości.

    Do nieporozumień trzeba zaliczyć opinię, że ultrajasne obiektywy na APS-C nie są tak jasne, jak na pełnej klatce (s.94). To efekt niedokładnego przeczytania podanych przez DxO wyników pomiarów, z których wynika, że różne aparaty mają różnej wielkości straty światła z obiektywami f/1.4, ale nie ma jednoznacznej zależności między rozmiarem matrycy a tą stratą.

    Nie jest prawdą to, co autor pisze na temat regulacji balansu bieli plików RAW: „Wszystkie te zmiany – matematyczne przeliczenia plików – powodują pewne uproszczenia, a więc i straty szczegółów obrazu. Można się tym nie przejmować, ale nie można tego kwestionować” (s.82). Przeliczanie następuje w tak dużej teoretycznej przestrzeni barw, że żadnych strat ani uproszczeń nie ma. Skoro jesteśmy przy balansie bieli: zalecenie, aby dla plików JPEG zawsze korzystać z automatycznego balansu bieli AWB (s.72) jest wręcz szkodliwe.

    Zostawiam na boku różne pomyłki nie wpływające na wartość informacyjną książki – choć autor powinien się liczyć, że i te niezgodności będą mu wypominane. Na przykład nieprawdą jest, że pomiar skupiony został w przez Canona wprowadzony dopiero w modelach EOS 550D i 7D.

    Irytujące drobiazgi

    Marudzenie skończę na rzeczach drobnych, ale jednak irytujących. Pierwszą z takich drażniących cech książki jest jej podtytuł. Dlaczego „available light” a nie po prostu „światło zastane”? Nie mam pojęcia, a o pretensjonalność i uleganie modzie na anglicyzmy naprawdę autora nie podejrzewam. Gdyby to jeszcze było uzasadnione dwuznacznością anglojęzycznego terminu, jak w anegdocie u McNally'ego, gdzie fotograf zapytany, dlaczego mówi, że jest zwolennikiem światła zastanego, a znany jest z użycia flesza, odpowiada: „Any f..ing light that is available!” (czyli, w wolnym tłumaczeniu: „każde cholerne światło, które jest pod ręką”). Ale nie. W książce światło zastane to światło zastane – żadnych fleszy, lamp studyjnych, żadnego oświetlenia, które fotograf mógłby ustawić, zmodyfikować itp., a więc żadnych dwuznaczności terminologicznych.

    Nie rozumiem też, co oznacza podawanie przy EXIF-ach zdjęć konsekwentnie AdobeRGB jako przestrzeni koloru, zwłaszcza że zawsze obok widnieje informacja, że zdjęcie zostało zapisane w RAW-ie. RAW nie ma przestrzeni AdobeRGB ani w ogóle nie ma żadnej przypisanej przestrzeni barw. To, co oglądamy w książce, to z całą pewnością nie AdobeRGB, tylko CMYK. Czy autor wywoływał zdjęcia do przestrzeni AdobeRGB albo je później w tej przestrzeni edytował? Możliwe. Tylko jakie to ma znaczenie dla każdego zaprezentowanego zdjęcia?

    Przy całej fascynacji HDR-ami, autor nad nimi nie do końca panuje. Efekty sklejania ekspozycji przeważnie nie wyglądają tutaj naturalnie i to też działa przeciwko książce: promowanie tej metody nie jest tak przekonujące. Mam wrażenie, że Andrzej Mroczek zauważa ten problem. Stąd np. podpis do zdjęcia na s. 145: „Wiele zdjęć przetworzonych w programach HDR daje obrazy wywołujące ból zębów”. Trudno się nie zgodzić.

    Łyżka miodu

    Poza tymi usterkami książka zawiera mnóstwo przydatnych wiadomości. Wiem, że po długim punktowaniu błędów i usterek ta pochwała brzmi mało wiarygodnie, ale Andrzej Mroczek ma ogromną wiedzę fotograficzną. Wiedza ta pochodzi z czasów analogowych i jeśli tylko tematyka nie dotyczy technologii cyfrowych lub komputerowej obróbki, to możemy autorowi wierzyć. A takich uniwersalnych, pozatechnologicznych tematów jest w książce większość: kompozycja, fotografowanie architektury, dzieci przed obiektywem.

    Mnie szczególnie przypadły do gustu dwa rozdziały: pyszna historia prawdziwych narodzin fotografowania przy świetle zastanym oraz rozdział o panoramach. Ten ostatni ilustrowany jest (brawa dla wydawcy!) rozwijanymi wkładkami, pozwalającymi obejrzeć niektóre z panoram na długości prawie metra!

    Mam nadzieję, że następną książkę mój ulubiony polski autor będzie pisał nieco dłużej i nieco dokładniej, abym mógł ją z czystym sumieniem polecić – tak, jak polecałem poprzednie książki Andrzeja Mroczka.

  2. Lwów. Miasto Wschodu i Zachodu. Wydanie 7

    Lwów, obok Wilna, należy do najchętniej odwiedzanych miast na dawnych Kresach Rzeczypospolitej. Poświęcono mu już wiele książek, w tym również przewodników w języku polskim.


    Wyróżnia się wśród nich, mimo dosyć skromnej szaty graficznej, „Lwów. Miasto Wschodu i Zachodu" Aleksandra Strojnego, którego już VII edycję wydało właśnie krakowskie Wydawnictwo Bezdroża. Główne atuty autora i jego dzieła, to znakomita wiedza o tym niezwykłym mieście, jego trudnych i burzliwych dziejach, zabytkach oraz miejscach - a jest ich bardzo dużo - które zobaczyć trzeba koniecznie, a przynajmniej warto.


    Oraz dobra prezentacja tej wiedzy, z wieloma mało znanymi, przynajmniej szerzej, faktami, ciekawostkami i anegdotami. I jeszcze jeden, bardzo ważny atut tej książki, który szczególnie cenię jako człowiek z polskimi korzeniami lwowskimi po mamie, równocześnie od ponad półwiecza bardzo zainteresowany i związany emocjonalnie z Ukrainą. Przeszłość Lwowa, jego zabytków i ciekawych miejsc, a także okolic oraz, nierzadko tak trudne i zagmatwane, stosunki polsko - ukraińskie, autor przedstawia nie tylko kompetentnie, ale i bardzo obiektywnie.


    Jest to więc przewodnik nie tylko bardzo przydatny w przygotowaniu wyjazdu do Lwowa i zwiedzania go wraz z bliższymi i nieco dalszymi okolicami, ale także książka, którą po prostu warto przeczytać, aby dowiedzieć się bardzo wiele nie tylko o tym mieście, ale i związanej z tym regionem dawnych Rzeczypospolitych historii, kulturze i nauce. Jak również o jego współczesnych gospodarzach i mieszkańcach.


    Tak jak i w innych tej udanej, podstawowej serii przewodników Bezdroży, czytelnik znajduje w nim dożo informacji praktycznych - chyba wszystko co mu może być potrzebne przed wyjazdem, w trakcie podróży oraz pobytu i poruszaniu się na miejscu. W więc o noclegach i wyżywieniu, transporcie lokalnym, a także mnóstwie innych spraw, o których informuje „w pigułce" lwowskie „A-Z".


    Bardzo ciekawy, interesująco napisany i zawierający ogromną dawkę faktów, jest rozdział Informacje krajoznawcze. A w nim obok charakterystyki geograficznej, zwłaszcza historia miasta od czasów przed lokacyjnych po współczesne. Z kalendarium, wyodrębnionym rozwojem urbanistyczno - architektonicznym Lwowa, polityką i gospodarką, stosunkami polsko - ukraińskimi. Ponadto informacjami o społeczeństwie i religii, języku ukraińskim, muzyce, kuchni itp.


    Podstawową część przewodnika stanowi Zwiedzanie Lwowa. Autor proponuje 5 tras: Stary Lwów w jeden dzień; Centrum Wielkiego Lwowa; Wzgórza lwowskie; Przedmieście Stryjskie, Pohulanka i Łyczaków oraz Dawny gród książęcy i Zamarstynów. A na obrzeżach miasta Jaskinię Miodową oraz Cerkiew Trójcy Świętej. Na każdej z tych tras zaprezentowano wszystkie najważniejsze budowle, obiekty i miejsca oraz dziesiątki innych, również zasługujących na poznanie. Z ich historią, wzbogacającymi ją ciekawostkami i anegdotami, zwracaniem uwagi na ciekawe detale, np. elewacji czy klatek schodowych itp.


    Autor sugeruje jednak nie ograniczać się, gdy czas na to pozwala, tylko do zwiedzania Lwowa, ale poznawania również jego, jak już wspomniałem bliższych i dalszych okolic na 6 proponowanych trasach: Tropem barokowych mistrzów; Dawnym szlakiem wołoskim, Śladami renesansowej doskonałości - do Żółkwi i Kruchowa; Po Złotej Podkowie - do zamków i innych zabytków Oleska, Podhorców i Złoczowa; Ziemi przemyskiej - tego jej fragmentu, który znajduje się obecnie na Ukrainie i w Poszukiwaniu sklepów cynamonowych - a więc do Drohobycza nie tylko Bruno Schulza oraz uzdrowiskowego Truskawca.


    Także w ich przypadku autor, poza przedstawieniem podstawowych informacji, ma do powiedzenia wiele innego i ciekawego.


    Przewodnik wzbogaca ponadto 19 barwnych fotografii i liczne rysunki oraz 50 obszerniejszych informacji monotematycznych w ramkach na szarym tle, m.in. „Inkorporacja Rusi", „Odrodzenie ukraińskie w XIX w.", „Walki o Galicję wschodnią", „Dwa głosy ( Zbigniewa Brzezińskiego i Jerzego Giedroyca ) w sprawie polsko - ukraińskiej współpracy", „Ormianie we Lwowie", „Andrzej Szeptycki", „Artur Grottger", „Lwowskie parki". Są również biogramy wybitnych ludzi związanych ze Lwowem, mini słownik polsko - ukraiński, bogaty wykaz ważniejszych pozycji wykorzystanej literatury oraz Indeks.


    Jest to więc przewodnik bardzo dobry, wart polecenia, co nie oznacza, że już zupełnie bez błędów, pominięć czy dyskusyjnych sformułowań. Nie mają one zasadniczego znaczenia, ale warto je odnotować i uwzględnić w następnym wydaniu. Zacznę od drobiazgów. „W wyniku rozłamów - pisze autor - na ( powinno być w ) łonie cerkwi...". W wykazie mocnych trunków z najlepszych ich wytwórni zabrakło, chyba najwyżej obecnie cenionej, kijowskiej „Stolicznyj standard". Nie mogę zgodzić się z autorem, że „Brak im ( ukraińskim elitom ) energii, brak rozmachu, brak zrozumienia na czym polega system rynkowy...". Zwłaszcza to ostanie już bowiem zdążyli zrozumieć, nierzadko na własnej skórze.


    Trafiają się błędy w nazewnictwie, a przynajmniej brak zdecydowania, czy używać nazwy polskiej, czy ukraińskiej. Np. Opery. Jeżeli w pełnej nazwie polskiej, to Państwowy Akademicki Teatr Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej. Jeżeli ukraińskiej, to... im. Sołomiji Kruszelnyćkoj - ale na pewno nie, jak napisał autor, Kruszelniczej. To samo w przypadku Ukraińskiego Teatru Dramatycznego. Albo - po polsku - im. Marii Zankowieckiej, albo po ukraińsku Zankowećkoj. Ale nie Zankoweckiej.


    W ramce „Andrzej Szeptycki" warto dodać, że było to jego imię zakonne, a z chrztu Roman Aleksander. No i że jego rodzony brat Stanisław Maria Szeptycki był polskim generałem broni. Pisząc o Olecku i tamtejszym byłym klasztorze kapucynów, autor podkreślił, że strzegą go posterunki uzbrojone w broń maszynową. Trudno się temu dziwić. Wewnątrz znajduje się bowiem - mogłem kilka lat temu, jako jeden z nielicznych, nie tylko cudzoziemców, obejrzeć bez prawa fotografowania - tamtejszy ogromny, liczący kilkanaście tysięcy pozycji, magazyn dzieł sztuki: obrazów, rzeźb, mebli, starej broni, mebli, detali architektonicznych itp. uratowanych, głównie przez oprowadzającego mnie po nim emerytowanego kustosza Lwowskiej Galerii Sztuki i jego współpracowników, ze zniszczonych kościołów, cerkwi, zamków, pałaców, dworów itp. I nadal ( wówczas ) jeszcze nie w pełni zinwentaryzowanych z braku na to środków.


    W opisie gotyckiej fary w Drohobyczu warto dodać, że przed nią stoi pomnik Jurija Drohobycza ( Katermaka, 1450 - 1491 ), pierwszego ukraińskiego autora książki drukowanej. W ramce :"Na Łyczaków..." poświęconej lwowskiej piosence ulicznej warto wspomnieć o jej popularyzowaniu, podobnie jak lwowskiego bałaku ( gwary ) w przedwojennej radiowej Wesołej Lwowskiej Fali, przez jej autorów Szczepcia i Tońcia. Mam też wątpliwość, czy region przygraniczny, po którym autor proponuje wycieczki, należy nazywać historyczną nazwa Ziemia Przemyska. Bo jest to zarówno mylące polskiego czytelnika, jak i może być negatywnie odbierane przez naszych ukraińskich sąsiadów. I uwaga pod adresem wydawcy. Informacje praktyczne na temat dojazdu do Lwowa, jego dworców kolejowych i autobusowych, noclegów, wyżywienia itp. zaczynają się „ni z tego, ni z owego", nawet bez tytułu, a tylko z informacją na marginesach stron, bezpośrednio po opisie drugiego z ciekawych obiektów na obrzeżach Lwowa. Warto je jakoś wyodrębnić. Ten dobry przewodnik może bowiem być jeszcze lepszy!

    kurier365.pl, CEZARY RUDZIŃSKI, 2010-05-04
  1. 1
  2.  ...