Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2011
Recenzje
Wyniki wyszukiwania frazy "110" [5]
- 1
- ...
-
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 2
Co może robić motocyklista w zimny, śnieżny, zimowy wieczór? Może zasiąść nad książką z kubkiem gorącej czekolady, kotami na kolanach i muzyką w tle. Takie połączenie to prawie doskonały dla wyżej podpisanej sposób na spędzenie udanego wieczoru. I nawet jeśli nie dysponujecie czekoladą ani kotami, polecam książkę, przynajmniej tę, po którą ostatnio sięgnęłam.
Wyobraźcie sobie faceta, który nie ma prawa jazdy kategorii A. Ba! Nie potrafi jeździć na motocyklu! Nie byłoby w tym, oczywiście, nic dziwnego, gdyby nie to, że pewnego dnia z drugim takim, co na motocyklu jeździć nie potrafi, postanawia właśnie jednośladem wyruszyć na wyprawę dookoła świata. Czy to się może udać? Nie ma takiej opcji – zapewne to często słyszał autor, Tomasz Gorazdowski, i jego partner wyprawowy, Michał Gąsiorowski, gdy szykowali się do podróży dookoła świata. Jednak udało im się osiągnąć zamierzony cel, z czego mogli cieszyć się słuchacze radia, a teraz czytelnicy, którzy sięgnęli lub dopiero sięgną po tę pozycję. Tomasz Gorazdowski napisał książkę o tym, jak należy marzyć i jak spełniać te marzenia, nawet jeśli są one kompletnie dziwne i nie podobne do niczego, o czym do tej pory marzyliśmy. Ale przede wszystkim pisze o podróżowaniu i to w taki sposób, że chce się natychmiast wsiąść na motocykl i pojechać jego szlakiem. No ale spadł śnieg...
Na „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata” natknęłam się przypadkiem. Moją uwagę przykuła okładka oraz słuszna waga wydawnictwa, spowodowana świetnym papierem kredowym, na którym zostało ono wydrukowane. Jako że nie ocenia się książki po okładce, zajrzałam do środka i tam miło zaskoczył mnie przejrzysty układ rozdziałów, opatrzonych zdjęciami, oraz mapa trasy przejazdu plus bardziej szczegółowe informacje na wewnętrznych stronach okładki. Przystanęłam, czytając i chwilę później wylądowałam przy kasie. Książek o podróżach motocyklem napisano już dość sporo. Najbardziej znany tytuł to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego globtrotera, czyli Evan McGregor i Charlie Boorman z ich „Long Way Round”, w Polsce znana pod tytułem „Wielka wyprawa. Niezwykła motocyklowa podróż dookoła świata”. To właśnie ich przygody zainspirowały dziennikarza radiowej Trójki do zainicjowania podróży dookoła świata, na którą namówił redakcyjnego kolegę, Michała Gąsiorowskiego. Obaj panowie przemierzyli trasę liczącą w sumie 21 100 km, pokonując ją w 126 dni. W wyprawie mogli im towarzyszyć słuchacze Trójki. W wyniku tej podróży powstało właśnie „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata”.
Książka podróżnicza powinna być ciekawa, informacyjnie użyteczna, a przede wszystkim musi wnosić coś, czego nie znajdziemy w przewodnikach turystycznych. I tak właśnie jest w przypadku książki Tomasza Gorazdowskiego. Opisy poszczególnych odcinków trasy poprzeplatane są nie tylko zdjęciami, ale również fragmentami maili od słuchaczy Trójki, ciekawostkami dotyczącymi mijanych miejsc, przepisami na drinka czy potrawę Pad Thai, a także linkami, pod którymi czytelnik znajdzie dodatkowe filmy ilustrujące treść. Już samo to sprawia, że „126 dni...” różni się od tradycyjnego przewodnika i przypomina raczej swego rodzaju lekturę multimedialną. Dodatkowym atutem jest fakt, że autor to znany podróżnik, który z niejednego pieca chleb jadł i w niejednym miejscu na naszej pięknej planecie był. To sprawia, że jego ocena odwiedzanych miejsc jest dużo bardziej obiektywna, a wskazówki praktyczniejsze, niż gdyby zachwycał się nimi po raz pierwszy. Gorazdowski nie stroni też od opinii krytycznych i ostro rozprawia się np. z mitami na temat Indii, które większości ludzi kojarzą się ze spokojem i uduchowieniem, a które bohaterom wyprawy ukazały swoje najbiedniejsze i najbrudniejsze oblicze. Na klimat książki składają się także spotkane na trasie osoby – miejscowi oraz słuchacze Trójki, którzy śledzili przejazd dziennikarzy, wychodząc im naprzeciw, pomagając i pokazując nieznane turystom atrakcje. Trasa wybrana przez podróżników wiodła z Warszawy przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię, Turcję, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Tajlandię, Malezję, Singapur, USA, Meksyk, Wielką Brytanię, Francję, Belgię, Holandię i Niemcy z metą w Polsce. Zasadnicza treść książki kończy się tak naprawdę na Wielkiej Brytanii. Dlaczego – nie zdradzę. Z drugiej strony pisanie o Francji, Belgii czy bliskich nam Niemczech nie byłoby zapewne taką atrakcją dla czytelnika, jak szczegółowe relacje z Indii czy Singapuru.
Już sam początek, opisujący przygotowania do wyprawy, powodował u mnie niepohamowane ataki chichotu. Potem było już tylko lepiej. Dziennikarze oglądają charakterystyczne dla danego rejonu miejsca, szukając tematów na kolejne relacje radiowe i przeżywając przygody mniej lub bardziej przerażające albo zabawne. Poznajemy weselne tradycje Bułgarów, czytamy o porannych lotach balonem nad Kapadocją, handlu złotem w Iranie, przeżywamy wypadek motocyklowy, oglądamy hotel Burj al Arab w Dubaju, moczymy nogi w Gangesie oraz masujemy się w tajskim więzieniu i malezyjskim akwarium, a to wszystko poprzeplatane jest awariami: motocykli, kręgosłupa oraz międzyludzkimi i, oczywiście, smakami z różnych zakątków. Gorazdowski ma dar przybliżania wszystkiego, o czym pisze, do tego stopnia, że nie polecam czytania „126 dni...” na czczo. Chłopaki muszą się dobrze odżywiać i robią to z taką intensywnością i radością, że po kilku stronach musiałam zrobić sobie przerwę na kolację – nie można czytać o tych wszystkich pysznościach nie będąc najedzonym, choć pieczone szczury nie są tym, co chce się oglądać przy kanapce... Autor, jako doświadczony podróżnik i znawca kuchni z całego świata, szuka w okolicy ciekawej knajpki, a potem robi się z tego gawęda o polowaniu np. na stek. Ważną kwestią dla tych, którzy „126 dni...” potraktują jako podporę podczas przygotowywania się do dalekiej wyprawy, będą wszystkie wymieniane przez autora problemy „papierologiczne”, wynikające z przemieszczania się poza Unią Europejską. Sprytni policzą, ile może kosztować impreza pt. „Podróż dookoła świata”, przy okazji dowiadując się, co może ich czekać w urzędach celnych, na przejściach granicznych i jak ominąć przeszkody, które zazwyczaj pomijane są przez przewodniki turystyczne. Przyda się także informacja na temat orientacyjnego spalania na poszczególnych trasach, zwłaszcza jeśli czytelnik posiada taki sam motocykl, oraz cen paliwa, a także jego dostępności.
Cóż można dodać? Po przeczytaniu zaczęłam nosić się z poważnym zamiarem zmiany motocykla na coś bardziej turystycznego, na co nie udało się mnie namówić przez czas dłuższy nawet mojemu mężczyźnie. Lektura jest naprawdę lekka i przyjemna w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów – krótko, zwięźle i na temat, okraszone szczególnym poczuciem humoru autora, które bardzo przypadło mi do gustu.
Minusy lektury? Do strony merytorycznej się nie przyczepię, bo zwyczajnie nie byłam na takiej wyprawie, więc nawet jeśli są, pozostaję w błogiej nieświadomości. Natomiast co do treści, to brakuje mi czasem Michała, który występuje tu raczej jako tło lub też ewentualny niezamierzony bohater sytuacji komicznych. Czasem było mi zwyczajnie szkoda redaktora Gąsiorowskiego, gdy po raz kolejny leżał pod swoim motocyklem, co na pewno nie jest miłe dla nikogo, kto kiedykolwiek przeżył taką sytuację (i to jeszcze zapisaną dla potomnych na kartkach tej książki...). Drugim minusem, choć może uznam go za plus, były emocje udzielające się czytelnikowi. Tomasz Gorazdowski pisze z humorem, lekką dozą ironii i, jak wspominałam wcześniej, dużym praktycyzmem, jednak upływający czas i niektóre problemy piętrzące się przed podróżnikami powodowały irytację i wkurzenie, co odbijało się na treści książki, tak samo jak pośpiech związany z ukończeniem podjętej misji w czasie tytułowych 126 dni. To mogło denerwować. I na pewno może zirytować czytelnika, który dusi się z autorem w kolejnych biurach pośrednictwa, u kolejnych celników i biega w upale za kolejnymi pieczątkami, nie potrafiąc cieszyć się otaczającym go pięknem. Za minus uznam również fakt, że książka jest klejona, co, niestety, grozi ryzykiem utraty kartek podczas intensywnego czytania czy wertowania lektury. Mój egzemplarz, który aktualnie czytany jest po raz drugi i wertowany po raz „enty”, nosi już ślady rozgięcia i podejrzewam, że kwestią czasu jest, kiedy któraś kartka się poluzuje, a tego w książkach szczególnie nie lubię.
Podsumowując, polecam! Szczególnie, że zima to świetny czas na to, by przygotować się do nowego sezonu i kolejnych wojaży. -
Berlin. Przewodnik - Celownik. Wydanie 1
Berlin od czasu gdy był podzielony na stolicę NRD i Berlin Zachodni zmienił się znacznie, Zwłaszcza w jego części wschodniej oraz na obszarach w pobliżu sławnego Muru.
W okresie poprzedzającym faktyczne przeniesienie do tego miasta stolicy państwa, określany był jako największy plac budowy w Europie. Oczywiście stare zabytki i obiekty pozostały na swoich miejscach.
Ale ci, którzy znali w przeszłości jedną lub obie części Berlina, w wielu jego miejscach mogą się obecnie czuć trochę zagubieni.
Poruszanie się po nim, uwzględnianie w planach zwiedzania tego, co konkretnego turystę interesuje przede wszystkim, ułatwiać ma nowy przewodnik „Berlin” wydany przez Bezdroża w serii Przewodniki - celowniki.
Stanowi on, podobnie jak wcześniejsze które ukazały się w niej, połączenie atlasu, a ściślej 18 stronicowego planu miasta z 12 stronami indeksu ulic, indeksu atrakcji turystycznych omówionych następnie w najobszerniejszej, ponad 100 - stronicowej części, krótką historią niemieckiej stolicy oraz informacjami praktycznymi.
Autorka proponuje poznawanie przede wszystkim 110 zabytków, obiektów i miejsc które uznała, generalnie słusznie, za największe atrakcje tego miasta przedstawione, a następnie omawiane w porządku alfabetycznym ich niemieckich nazw. Są wśród nich zamki i pałace, świątynie różnych religii i wyznań, ratusze, muzea, galerie, biblioteki, place, parki itp.
Dodatkowo, w odrębnym Indeksie wymienia i lokalizuje - ale nie omawia - na planie miasta blisko 280 pozostałych obiektów. Wśród nich 50 stacji U-Bahn - metra i 18 stacji S-Bahn nazywanej przez nią nie wiadomo dlaczego „kolejką podmiejską”, chociaż jest to szybka kolej miejska jeżdżąca na nasypach oraz, także przez centrum, wiaduktach. A ponadto ambasady.
W podstawowej części przewodnika poszczególne zabytki, obiekty i miejsca omawiane są na jednej z dwu rozłożonych stron, drugą zaś zajmują ich fotografie. Gdy przy jakimś placu lub ulicy, ew. przed budowlą znajdują się inne ważne obiekty, są do ich opisów odsyłacze. Całość jest więc przejrzysta, a korzystanie z tego przewodnika ułatwiają strony spięte na grzbiecie spiralą oraz 138 stacji kolejowych oraz U-Bahn i S-Bahn zaznaczonych na planie miasta na wewnętrznej stronie przedniej okładki.
Informacje przewodnikowe są zwięzłe, niekiedy nadmiernie, co powoduje niekiedy u czytelnika niedosyt. Mnie trudno było np. zrozumieć, dlaczego opisując pruską Kolumnę Zwycięstwa - Sigesäule autorka nawet nie wspomniała, że to na niej żołnierze I Armii WP, którzy - jako jedyni, obok Armii Czerwonej, z koalicji antyhitlerowskiej, uczestniczyli w zdobywaniu Berlina - powiesili w maju 1945 roku biało - czerwoną flagę. Bo… ruiny Reichstagu i Brama Brandenburska były już zajęte przez flagi czerwone z sierpem i młotem.
Za plus uważam natomiast, chociaż to w tej serii wydawniczej normalne, włamanie w tekst 2-4 stronicowych informacji monotematycznych: „Polacy nad Sprewą”, „Berlin w obrazach filmowych”, „Kulturalna metropolia”, „Berlin z wodnej perspektywy” i „Okolice Berlina” - Poczdam, Rheinsberg i Sachsenhausen. Chociaż szkoda, że nie uwzględniono ich w żadnym z indeksów. A miejsca nie brakowało, gdyż 4 puste strony na końcu przewodnika pozostawiono na ew. notatki jego nabywcy.
Kilkunastostronicowy rozdział „Informacje praktyczne" zawiera, w ogromnym skrócie, to, co turyście jest potrzebne. O noclegach - od campingów, poprzez hotele do hoteli z paroma przykładami głównie droższych obiektów. Wyżywieniu - z zaledwie dwiema proponowanymi restauracjami, przykładowymi ulicznymi przysmakami oraz wzmiankami o kuchni międzynarodowej i zdrowej żywności.
Ponadto możliwościach robienia zakupów, także z nad wyraz ubogimi propozycjami, o berlińskiej komunikacji z włamaną w ramce bardzo potrzebną informacją o biletach dobowych, tygodniowych i honorowanych w niej kartach turystycznych. Na końcu zaś o kulturze i rozrywkach. Proponując spośród muzeów…Currywurst - tego gatunku berlińskiej kiełbasy oraz Ramones - kolekcję ponad 500 gadżetów związanych z zespołem muzyki rockowej o tej nazwie.
Równie poważne są sugerowane 3 galerie oraz 4 bary. Z których do odwiedzenia jednego ma zachęcać - zacytuję: „Projektor filmowy nieustannie wyświetla czarno-białe filmy na taśmie 8-milimetrowej, a z głośników dobiegają dźwięki punk-rocka”. Walorami baru Ä są: „..wygodne kanapy i oryginalnie zdobione lampy z abażurami”. W Balkan Tripps „rozgrywane są najsłynniejsze mecze ping-ponga”.
Autorka zamieszcza również nazwy i adresy 4 klubów słynących przede wszystkim z łomotu nazywanego muzyką. Dziękuję za ostrzeżenie. Ostatnią pozycją w przewodniku jest 1 i 1/5 -stronicowy Minisłowniczek polsko - niemiecki. Mimo trochę zgryźliwej oceny, zwłaszcza niezwykle ubogich Informacji praktycznych, turysta znajdzie w nim sporo omówień i rad co zwiedzać.
A jeżeli będzie zawiedziony gdy zobaczy, że na prezentację np. Muzeum Pergamońskiego, Galerii Malarstwa, XIII - wiecznych Nikolaikirche i Marienkirche itp. autorka poświęciła tyle samo miejsca w opisie co na jedną rzeźbę „Berlin”, galerię East Side Gallery, której głównym eksponatem jest fragment muru berlińskiego czy… nieistniejący już Pałac Republiki po którym pozostał tylko plac porośnięty trawą, to zawsze może sięgnąć po inny przewodnik. Także tego samego wydawnictwa. -
126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata. Wydanie 1
Co może robić motocyklista w zimny, śnieżny, zimowy wieczór? Może zasiąść nad książką z kubkiem gorącej czekolady, kotami na kolanach i muzyką w tle. Takie połączenie to prawie doskonały dla wyżej podpisanej sposób na spędzenie udanego wieczoru. I nawet jeśli nie dysponujecie czekoladą ani kotami, polecam książkę, przynajmniej tę, po którą ostatnio sięgnęłam.
Wyobraźcie sobie faceta, który nie ma prawa jazdy kategorii A. Ba! Nie potrafi jeździć na motocyklu! Nie byłoby w tym, oczywiście, nic dziwnego, gdyby nie to, że pewnego dnia z drugim takim, co na motocyklu jeździć nie potrafi, postanawia właśnie jednośladem wyruszyć na wyprawę dookoła świata. Czy to się może udać? Nie ma takiej opcji - zapewne to często słyszał autor, Tomasz Gorazdowski, i jego partner wyprawowy, Michał Gąsiorowski, gdy szykowali się do podróży dookoła świata. Jednak udało im się osiągnąć zamierzony cel, z czego mogli cieszyć się słuchacze radia, a teraz czytelnicy, którzy sięgnęli lub dopiero sięgną po tę pozycję. Tomasz Gorazdowski napisał książkę o tym, jak należy marzyć i jak spełniać te marzenia, nawet jeśli są one kompletnie dziwne i nie podobne do niczego, o czym do tej pory marzyliśmy. Ale przede wszystkim pisze o podróżowaniu i to w taki sposób, że chce się natychmiast wsiąść na motocykl i pojechać jego szlakiem. No ale spadł śnieg...
Na „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata” natknęłam się przypadkiem. Moją uwagę przykuła okładka oraz słuszna waga wydawnictwa, spowodowana świetnym papierem kredowym, na którym zostało ono wydrukowane. Jako że nie ocenia się książki po okładce, zajrzałam do środka i tam miło zaskoczył mnie przejrzysty układ rozdziałów, opatrzonych zdjęciami, oraz mapa trasy przejazdu plus bardziej szczegółowe informacje na wewnętrznych stronach okładki. Przystanęłam, czytając i chwilę później wylądowałam przy kasie. Książek o podróżach motocyklem napisano już dość sporo. Najbardziej znany tytuł to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego globtrotera, czyli Evan McGregor i Charlie Boorman z ich „Long Way Round”, w Polsce znana pod tytułem „Wielka wyprawa. Niezwykła motocyklowa podróż dookoła świata”. To właśnie ich przygody zainspirowały dziennikarza radiowej Trójki do zainicjowania podróży dookoła świata, na którą namówił redakcyjnego kolegę, Michała Gąsiorowskiego. Obaj panowie przemierzyli trasę liczącą w sumie 21 100 km, pokonując ją w 126 dni. W wyprawie mogli im towarzyszyć słuchacze Trójki. W wyniku tej podróży powstało właśnie „126 dni na »kanapie«. Motocyklem dookoła świata”.
Książka podróżnicza powinna być ciekawa, informacyjnie użyteczna, a przede wszystkim musi wnosić coś, czego nie znajdziemy w przewodnikach turystycznych. I tak właśnie jest w przypadku książki Tomasza Gorazdowskiego. Opisy poszczególnych odcinków trasy poprzeplatane są nie tylko zdjęciami, ale również fragmentami maili od słuchaczy Trójki, ciekawostkami dotyczącymi mijanych miejsc, przepisami na drinka czy potrawę Pad Thai, a także linkami, pod którymi czytelnik znajdzie dodatkowe filmy ilustrujące treść. Już samo to sprawia, że „126 dni...” różni się od tradycyjnego przewodnika i przypomina raczej swego rodzaju lekturę multimedialną. Dodatkowym atutem jest fakt, że autor to znany podróżnik, który z niejednego pieca chleb jadł i w niejednym miejscu na naszej pięknej planecie był. To sprawia, że jego ocena odwiedzanych miejsc jest dużo bardziej obiektywna, a wskazówki praktyczniejsze, niż gdyby zachwycał się nimi po raz pierwszy. Gorazdowski nie stroni też od opinii krytycznych i ostro rozprawia się np. z mitami na temat Indii, które większości ludzi kojarzą się ze spokojem i uduchowieniem, a które bohaterom wyprawy ukazały swoje najbiedniejsze i najbrudniejsze oblicze. Na klimat książki składają się także spotkane na trasie osoby - miejscowi oraz słuchacze Trójki, którzy śledzili przejazd dziennikarzy, wychodząc im naprzeciw, pomagając i pokazując nieznane turystom atrakcje. Trasa wybrana przez podróżników wiodła z Warszawy przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię, Turcję, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Tajlandię, Malezję, Singapur, USA, Meksyk, Wielką Brytanię, Francję, Belgię, Holandię i Niemcy z metą w Polsce. Zasadnicza treść książki kończy się tak naprawdę na Wielkiej Brytanii. Dlaczego - nie zdradzę. Z drugiej strony pisanie o Francji, Belgii czy bliskich nam Niemczech nie byłoby zapewne taką atrakcją dla czytelnika, jak szczegółowe relacje z Indii czy Singapuru.
Już sam początek, opisujący przygotowania do wyprawy, powodował u mnie niepohamowane ataki chichotu. Potem było już tylko lepiej. Dziennikarze oglądają charakterystyczne dla danego rejonu miejsca, szukając tematów na kolejne relacje radiowe i przeżywając przygody mniej lub bardziej przerażające albo zabawne. Poznajemy weselne tradycje Bułgarów, czytamy o porannych lotach balonem nad Kapadocją, handlu złotem w Iranie, przeżywamy wypadek motocyklowy, oglądamy hotel Burj al Arab w Dubaju, moczymy nogi w Gangesie oraz masujemy się w tajskim więzieniu i malezyjskim akwarium, a to wszystko poprzeplatane jest awariami: motocykli, kręgosłupa oraz międzyludzkimi i, oczywiście, smakami z różnych zakątków. Gorazdowski ma dar przybliżania wszystkiego, o czym pisze, do tego stopnia, że nie polecam czytania „126 dni...” na czczo. Chłopaki muszą się dobrze odżywiać i robią to z taką intensywnością i radością, że po kilku stronach musiałam zrobić sobie przerwę na kolację - nie można czytać o tych wszystkich pysznościach nie będąc najedzonym, choć pieczone szczury nie są tym, co chce się oglądać przy kanapce... Autor, jako doświadczony podróżnik i znawca kuchni z całego świata, szuka w okolicy ciekawej knajpki, a potem robi się z tego gawęda o polowaniu np. na stek. Ważną kwestią dla tych, którzy „126 dni...” potraktują jako podporę podczas przygotowywania się do dalekiej wyprawy, będą wszystkie wymieniane przez autora problemy „papierologiczne”, wynikające z przemieszczania się poza Unią Europejską. Sprytni policzą, ile może kosztować impreza pt. „Podróż dookoła świata”, przy okazji dowiadując się, co może ich czekać w urzędach celnych, na przejściach granicznych i jak ominąć przeszkody, które zazwyczaj pomijane są przez przewodniki turystyczne. Przyda się także informacja na temat orientacyjnego spalania na poszczególnych trasach, zwłaszcza jeśli czytelnik posiada taki sam motocykl, oraz cen paliwa, a także jego dostępności.
Cóż można dodać? Po przeczytaniu zaczęłam nosić się z poważnym zamiarem zmiany motocykla na coś bardziej turystycznego, na co nie udało się mnie namówić przez czas dłuższy nawet mojemu mężczyźnie. Lektura jest naprawdę lekka i przyjemna w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tych słów - krótko, zwięźle i na temat, okraszone szczególnym poczuciem humoru autora, które bardzo przypadło mi do gustu.
Minusy lektury? Do strony merytorycznej się nie przyczepię, bo zwyczajnie nie byłam na takiej wyprawie, więc nawet jeśli są, pozostaję w błogiej nieświadomości. Natomiast co do treści, to brakuje mi czasem Michała, który występuje tu raczej jako tło lub też ewentualny niezamierzony bohater sytuacji komicznych. Czasem było mi zwyczajnie szkoda redaktora Gąsiorowskiego, gdy po raz kolejny leżał pod swoim motocyklem, co na pewno nie jest miłe dla nikogo, kto kiedykolwiek przeżył taką sytuację (i to jeszcze zapisaną dla potomnych na kartkach tej książki...). Drugim minusem, choć może uznam go za plus, były emocje udzielające się czytelnikowi. Tomasz Gorazdowski pisze z humorem, lekką dozą ironii i, jak wspominałam wcześniej, dużym praktycyzmem, jednak upływający czas i niektóre problemy piętrzące się przed podróżnikami powodowały irytację i wkurzenie, co odbijało się na treści książki, tak samo jak pośpiech związany z ukończeniem podjętej misji w czasie tytułowych 126 dni. To mogło denerwować. I na pewno może zirytować czytelnika, który dusi się z autorem w kolejnych biurach pośrednictwa, u kolejnych celników i biega w upale za kolejnymi pieczątkami, nie potrafiąc cieszyć się otaczającym go pięknem. Za minus uznam również fakt, że książka jest klejona, co, niestety, grozi ryzykiem utraty kartek podczas intensywnego czytania czy wertowania lektury. Mój egzemplarz, który aktualnie czytany jest po raz drugi i wertowany po raz „enty”, nosi już ślady rozgięcia i podejrzewam, że kwestią czasu jest, kiedy któraś kartka się poluzuje, a tego w książkach szczególnie nie lubię.
Podsumowując, polecam! Szczególnie, że zima to świetny czas na to, by przygotować się do nowego sezonu i kolejnych wojaży. -
Peru i Boliwia. U podnóża Andów. Wydanie 1
"Peru i Boliwia", to drugi, po zrecenzowanej przed paroma dniami przeze mnie "Tajlandii", świetny przewodnik wydawnictwa "Bezdroża" inaugurujący jego działalność edytorską w 2010 roku. Najobszerniejszy i najdokładniejszy z dotychczas wydanych w języku polskim po tych krajach. Niemiecki autor, także m. in. pracy dyplomowej z dziedziny socjoekonomii andyjskiej wyżyny Peru - znawca tego regionu Ameryki Południowej i zafascynowany nim podróżnik, przedstawia w nim masę informacji o tych dwu państwach, ich przeszłości i współczesności.
"Peru i Boliwia", to drugi, po zrecenzowanej przed paroma dniami przeze mnie "Tajlandii", świetny przewodnik wydawnictwa "Bezdroża" inaugurujący jego działalność edytorską w 2010 roku. Najobszerniejszy i najdokładniejszy z dotychczas wydanych w języku polskim po tych krajach. Niemiecki autor, także m. in. pracy dyplomowej z dziedziny socjoekonomii andyjskiej wyżyny Peru - znawca tego regionu Ameryki Południowej i zafascynowany nim podróżnik, przedstawia w nim masę informacji o tych dwu państwach, ich przeszłości i współczesności, miejscach wartych zobaczenia, jak również rad jak poznawać je w sposób racjonalny i bezpieczny.
Jest to przewodnik szczególnie cenny dla ludzi zamierzających poznawać ten region Ameryki Południowej na własną rękę. Powinni jednak zapoznać się z nim również uczestnicy wyjazdów zorganizowanych. Znajdą tam bowiem niezliczone informacje rozszerzające wiedzę o tych krajach, ich społeczeństwach, regionach, miejscowościach, zabytkach, parkach narodowych, wspaniałej przyrodzie itd. Jak również wszyscy zainteresowani tym, tak szalenie ciekawym i przebogatym w zabytki oraz ciekawe miejsca zakątku świata.
Peru i Boliwia nie po raz pierwszy - dotyczy to również przewodników zagranicznych - omawiane są łącznie. Wynika to z ich przeszłości, m.in. przynależności do imperium Inków, a później jednego obszaru kolonialnego, ale również położenia na tym samym obszarze andyjskim oraz z łączącym je jeziorem Titicaca. Co powoduje, że będąc w jednym z tych krajów zwiedza się przynajmniej niektóre miejsca w sąsiednim. I chociaż objętość tego przewodnika sugerowałaby raczej podzielenie go na dwie części, jest to w tym przypadku niemożliwe, przynajmniej w sposób mechaniczny.
Zarówno rozdział Informacje praktyczne jak i Informacje krajoznawcze, oprócz tego, co zazwyczaj znajduje się na ten temat w przewodnikach, zawierają - i to w obszernym zakresie, wiele cennych rad dla osób wybierających się w tamte strony. Np. aby zabierać ze sobą uwierzytelnione kopie paszportów, duplikaty ( a nie kserokopie ! ) międzynarodowych książeczek szczepień m.in. na żółtą febrę. Kopiować bilety lotnicze i w oddzielnym miejscu zapisywać ich numery.
Bardzo ostrożnie korzystać z kart płatniczych itp. Przyszły podróżnik znajduje również informacje o zabezpieczeniu medycznym, zagrożeniu chorobą wysokościową, a także niespodziankami ze strony przestępców - także fałszywych policjantów. Sztuczkach stosowanych przez kieszonkowców odwracających uwagę okradanych. Rady jak wybierać pokoje w hotelach, miejsca w środkach lokomocji - i których. Wskazówki na temat zachowań w różnych sytuacjach itp.
Obszernie oraz ciekawie przedstawione zostały oba kraje, ich społeczeństwa, przyroda, dzieje, gospodarka, języki, religie, kultura i sztuka oraz kuchnia. Chociaż nie bez, niekiedy, potknięć czy przesady. Trudno bowiem bezkrytycznie przyjąć np. stwierdzenie autora, że "To co Inkowie ( niczego im nie ujmując ) osiągnęli w sztuce budowlanej nie ma sobie równych". Czy "W 1513 r.przekroczono wówczas ( podboje Pizarra ) kanał Panamski.", gdy dotyczyło to Przesmyku Panamskiego, bo kanał oddany został do użytku w ponad 400 lat później.
Najobszerniejszy ( 566 stron ! ) rozdział Zwiedzanie Peru prezentuje chyba wszystko, co w tym kraju warto zobaczyć. Od stołecznej Limy i jej okolic - po propozycje 11 tras zwiedzania, aż po Boliwię. Oraz co i gdzie, a przeważnie również za ile - warto na nich zobaczyć. Z dokładnymi informacjami na temat nie tylko środków transportu, ale i firm transportowych. Wariantami alternatywnymi.
Obszernymi informacjami o możliwościach noclegowych - z nazwami hoteli, hosteli, pensjonatów itp. Ich adresami, telefonami, adresami i stronami internetowymi - jeżeli je posiadają, cenami, charakterystyką. Podobnie na temat wyżywienia, zakupów, aktywnego wypoczynku, rozrywki itp. Z mapkami oraz planami większych miejscowości.
Autor przypomina pełne nazwy miast świadczące o fantazji ich hiszpańskich założycieli, często na dawnych inkaskich miejscowościach i budowlach. Najbardziej spodobała mi się pierwotna, pełna nazwa Arequipy: "Villa de Nuestra Senora de la Asunción del Valle Hermoso de Arequipa". Czyli Miasto naszej Panny Wniebowziętej z pięknej doliny Arequipy.
Ze znanych mi miejsc autor pominął tylko parę nad Amazonką między Iquitos i przygranicznym z Brazylią i Kolumbią Santa Rosa. A jak się już płynie tą największą rzeką świata, warto zatrzymać się i zobaczyć miasteczko San Pablo. Jak również pobliską osadę Pevas, w której znany malarz i grafik Francisco Grippa, mówiący o sobie, że jest włoskim Żydem urodzonym w USA i osiadłym w Peru, malujący przyrodę i mity Amazonii, wybudował swój "La Casa del Arte" - Dom Sztuki.
Czy, również w tym regionie, odwiedzić kolonię trędowatych aby poznać ich życie. Nie znalazłem również informacji o charakterystycznym, ogromnym pomniku kochającej się pary w Parco d′Amore w dzielnicy Miraflores Limy, na wysokiej skarpie nad Pacyfikiem.
225 stronicowy rozdział Zwiedzanie Boliwii zawiera informacje i propozycje poznawania La Paz, najważniejszego miasta kraju. Niestety błędnie ( w jego opisie informacja jest prawidłowa ) nazywanego stolicą, którą w rzeczywistości jest 220 tysięczne Sucre. A także wielką trasę objazdową po kraju i 5 innych, niektóre z wariantami. W przypadku La Paz nieścisłych informacji o nim jest więcej.
Na str. 669 można przeczytać m.in.: "Umiejscowione na wysokości 3600 m n.p.m. jest najwyżej położoną stolicą na świecie". W rzeczywistości taką jest stolica Tybetu - Lhasa. Przy czym La Paz leży na wysokościach od 3100 do 4100 m. n.p.m. w głębokiej kotlinie, do której - o czym brak chociażby wzmianki, wjeżdża się, np. od strony lotniska, z góry.
Ale obok tych drobnych nieścisłości rozdział zawiera setki rzetelnych informacji zarówno o La Paz i jego okolicach, jak i innych miejscowościach, zabytkach, miejscach wartych zobaczenia. M.in. o parkach narodowych, wyprawach do dżungli, propozycje wędrówek górskich itp. W przewodniku - to chyba zasługa wydawnictwa - znalazły się także informacje o Polakach zasłużonych dla Peru i Boliwii.
Nie tylko o Erneście Malinowskim, powszechnie znanym budowniczym słynnej kolei transandyjskiej, która na najbardziej stromym, 158 km długości odcinku trasy pokonuje różnicę poziomów od 150 do 4781 m n.p.m., ze 1100 zakrętami i zakolami, 158 mostami i 69 tunelami. Ale również o Ryszardzie Jaksa - Małachowskim, który przebudował Stare Miasto w Limie, założycielu w tym mieście politechniki Edwardzie Habichu, czy - w przypadku Boliwii - Józefie Jackowskim, geologu - badaczu złóż andyjskich i. zwyczajów ludów Keczua, założycielu szkoły górniczej w najwyżej ( 4.065 m n.p.m. położonym mieście świata - Potosi.
Tym bardziej zaskakuje więc nie tylko brak wzmianki o polskich odkrywcach ( w 1981 roku ) dla turystyki sławnego Kanionu Colca w Peru, krakowskich studentach - uczestnikach Akademickiej Wyprawy Kajakowej "Canoandes ′79", ale przedstawienie w przewodniku wręcz fałszywej historii poznawania tego, najgłębszego na kuli ziemskiej, kanionu. To, co opisane zostało w ramce na str. 412 "Historia kanionu Colca", to w części dotyczącej jego odkrycia i przepłynięcia jest jakąś bzdurą. Być może Hiszpan Arias był w 1978 roku w tym kanionie i przepłynął fragment rzeki Colca, ale na pewno nie przez ten kanion.
Prawdziwa historia tego odkrycia jest powszechnie znana z doniesień peruwiańskich i polskich - chociaż tych drugich z opóźnieniem - mediów oraz relacji jej uczestników. W tym z książki Jerzego Majcherczyka ( ze wstępem Elżbiety Dzikowskiej ) "Zdobycie Rio Colca", Wydawnictwo Pracownia AA s.c. w Krakowie, wyd. II 2001. O tym kto naprawdę odkrył Kanion Colca świadczą również nadane i zatwierdzone przez władze peruwiańskie nazwy jego fragmentów: Canon de los Polacos, Cascadas de Juan Pablo II.
Czy ulice okolicznych miejscowości: Huambo, Cabanaconde i Chivay które na cześć odkrywców nazwano Avenida de los Polacos lub Avenida Polonia. O dowodach najwyższego uznania dla odkrywców ze strony władz nie wspominając. Jest dla mnie zdumiewające i niepojęte, jak autor, a zwłaszcza ( krakowski !!! ) wydawca mogą nie wiedzieć, kto jako pierwszy, z dramatycznymi przygodami, przepłynął pontonem i kajakami ten sławny peruwiański kanion odkrywając go dla turystyki!
Dodam, że nie odpowiada prawdzie również podpis na zdjęciu na kolorowej wkładce między stronami 288 i 289. To nie jest kanion rzeki Colca, lecz fragment niezwykle malowniczej doliny, przez którą przejeżdża się w drodze do tego kanionu! Byłem tam, i również fotografowałem nie tylko to miejsce. To stanowi dla mnie największy błąd w tym przewodniku.
Są również inne, a także nieścisłości, pominięcia czy co najmniej dyskusyjne opinie. Nie wspominając już o denerwującym używaniu nazw miejscowości lub imion i nazwisk zawsze w mianowniku, wbrew zasadom języka polskiego. W rodzaju "podróż do Juliaca" ( czy Arequipa ) zamiast do Juliaki i Arequipy. To tak, jak gdyby napisać byłem w Paryż czy jadę do Rzym! Lub "założone ( Huánuco ) przez Gomez ( zamiast Gomeza ) de Alvarado."
Natrafiłem też na parę kiksów językowych ( o literówkach nie wspominając - m.in. "Kanał z Aspachaca o długości 23 m " - chyba km , lub miejscowość Tequile zamiast prawidłowo Taquile), np. "Nie ma co liczyć, że ( handlarze waluty ) mają lepszych kursów" ( str. 38 ), czy "Liczba zaludnienia" - zamiast mieszkańców ( str. 486 ). Trafia się błędne tłumaczenie nazw i ich skróty. Np. w języku polskim Międzynarodowy Fundusz Walutowy ma skrót MFW, a nie "IWF". Museo Postal y Filatelico del Perú w Limie, to nie Muzeum Znaczków Pocztowych, lecz Muzeum Poczty i Filatelistyki - a to ogromna różnica. Zaś zbierają się w nim w niedziele przede wszystkim fani filatelistyki, a nie numizmatyki.
Są też informacje budzące pytania i wątpliwości. Np. na str. 581 czytamy: "Ten ( wodospad Catarata Gocta ) mający 771 m n.p.m. najwyższy wodospad w Peru i trzeci co do wielkości na świecie został odkryty w 2002 r.". Nie wiadomo, czy wodospad ma taką wysokość, czy też położony jest na niej. A także co autor rozumie pod pojęciem wielkości. Bo jeżeli masy spadających wód, to ten na pewno nie należy do światowej czołówki. Zwłaszcza, że dalej pisze: "W porze suchej u podnóża wodospadu można się kąpać."
Jest w przewodniku trochę stwierdzeń i ocen moim zdaniem dyskusyjnych. O niektórych już wspomniałem. Dodam jeszcze, jedno. Zdaniem autora, Cusco było tak samo potężne jak starożytny Rzym i bogatsze od niego. Chociaż - dodam - dopiero tam, chociaż również w innych miejscowościach, lub oglądając zbiory Museo de Oro - Złota w kolumbijskiej Bogocie czy stolicy Peru - Limie oraz kolekcje ceramiki lub zachowane fragmenty ruin wspaniałych budowli, można uzmysłowić sobie, jak straszliwych, nieodwracalnych zniszczeń inkaskiej i w ogóle prekolumbijskiej architektury, dzieł sztuki i rękodzieła artystycznego - zwłaszcza wyrobów ze złota i srebra, które dziś należałyby do najcenniejszych skarbów kulturalnego dziedzictwa ludzkości, dokonali hiszpańscy najeźdźcy i kler katolicki.
Trafiają się sprzeczne informacje. Np. na str. 629 można przeczytać, zgodnie z prawdą, że słynny "Casa de Fierro" ( Żelazny Dom ) w Iquitos został skonstruowany przez inż. Eiffel′a na światową wystawę w Paryżu ( w 1896 roku - stał tam niedaleko od sławnej obecnie wieży ), a następnie ( kupiony przez "kauczukowego barona"), został rozmontowany i przewieziony statkiem przez Atlantyk i 3700 km Amazonką do ówczesnej światowej stolicy kauczuku, gdzie stoi do dziś. Ale z ramki na str. 626, można się tylko dowiedzieć, że został on zaprojektowany przez francuskiego architekta, a wzniesiony w 1897 r. przez Baca Diaz i Anzelmo de Aguila.
Parę słów poświęcę jeszcze sławnemu, odkrytemu w 1987 roku, skarbowi Władcy ( lub Pana ) Sipán. Uważanemu wówczas za największe odkrycie tego rodzaju na świecie od czasu grobowca Tutenchamona w Egipcie. A, moim zdaniem, trochę niedocenionego przez autora przewodnika. I tylko częściowo tłumaczy go zawarta w przewodniku informacja, że w 2001 roku w Chan Chan, 5 km od trzeciego pod względem wielkości miasta Peru - Trujillo, w piramidzie Dos Cabezas odkryto jeszcze bogatsze skarby. O ile wiem, jeszcze publicznie nie prezentowane.
Zdaniem autora, z którym nie mogę się zgodzić, jeżeli z braku czasu trzeba w Limie wybierać między zobaczeniem Museo de la Nación, gdzie znajduje się m.in. ekspozycja znakomitych kopii tego grobowca Władcy Sipán i skarbów z niego, a Museo Nacional de Arqueologia, Antropologia y Historia, to zaleca on to drugie. Bo, moim zdaniem, zobaczyć trzeba, oczywiście, oba!. O skarbach Władcy Sipán autor przewodnika oczywiście napisał, chociaż, moim zdaniem bez docenienia ich rangi.
A nawet o wystawie tych skarbów w Bonn w 2000/2001 roku. Widocznie nie wiedząc, że wcześniej pokazane zostały one w Warszawie! A było to tak. Gdy, chyba jako pierwszy w Polsce, opisałem ( w czerwcu 1998 ) te wspaniałe skarby po ich obejrzeniu - była to inauguracyjna ekspozycja dostępna szerszej publiczności - w Museo de la Nación w Limie, postawiłem na zakończenie pytanie: czy i kiedy zobaczymy te skarby w Polsce.
Wkrótce otrzymałem z Ambasady Peru w Warszawie list z informacją, że skoro jest zainteresowanie tym odkryciem, to grobowiec Władcy Sipán i wydobyte z niego skarby zostaną pokazane w Warszawie. I rzeczywiście, chyba jesienią 1999, ich świetne kopie wystawiono w Muzeum Etnograficznym. O ile wiem, oryginały nigdy nie opuściły Peru, a od 2002 roku znajdują się w specjalnie dla nich zbudowanym Museo Tumbas Reales de Sipán w Lambayeque, w pobliżu miejsca ich odkrycia. I także w Bonn pokazano tylko kopie.
Ma ten przewodnik również inne wady. Za najpoważniejszą uważam brak porządnego indeksu. Zamieszczony na końcu, zawierający na 2,5 stronach nieco ponad 160 nazw miejscowości - na setki opisanych, nie mówiąc już o poszczególnych zabytkach i innych ciekawych miejscach, jest nieporozumieniem! Brak w nim nawet tak sławnego miejsca jak Kanion Colca! Nie ma również spisu informacji w ramkach, zaś Spis schematów, planów i map sporządzono w kolejności stron, na których je zamieszczono, nie zaś ułatwiającym ich odszukanie porządku alfabetycznym.
Te krytyczne uwagi oraz wytknięcie paru ewidentnych błędów i niedociągnięć łatwych do poprawienia w następnych wydaniach, nie zmieniają mojej bardzo wysokiej oceny tego przewodnika. Zwłaszcza, że jest w nim również 30 - z okładkowymi - barwnych i niezłych zdjęc oraz liczne, wspomniane już, obszerne informacje monotematyczne w ramkach włamanych w tekst. M.in. "Andyjskie wielbłądowate" ( Guanako. Lamy, wigonie, alpaki ); "Park Narodowy Manu" - jeden z największych terenów dżungli pierwotnej w świecie; "Mosty Inków"; "Jezioro Titicaca", "Legendy Inków" czy "Kondor, król Andów".
Gorąco polecam więc ten przewodnik zarówno tym, którzy już znają trochę Peru i Boliwię, jak i większości polskich turystów, którzy te, najciekawsze moim zdaniem, kraje Ameryki Południowej, powinni dopiero poznać. -
Polska Zimą
Białka Tatrzańska, Bukowina Tatrzańska, Zakopane, Szczawnica, Rabka Zdrój, Zawoja, Piwniczna Zdrój, Krynica Zdrój, Ustrzyki Dolne, Korbie-lów, Zwardoń, Istebna, Koniaków, Jaworzynka, Wisła, Szczyrk, Brenna, Ustroń, Bielsko-Biała - to w Karpatach, a w Sudetach Szklarska Poręba - Jakuszyce, Karpacz, Góry Sowie, Zieleniec, Sienna. Co je łączy Najnowszy przewodnik krakowskich Bezdroży" po zimowych kurortach - Polska zimą - przewodnik nie tylko dla narciarzy". I jak zwykle w przypadku Bezdroży" jest on starannie zredagowany i przejrzyście skomponowany. Nic więc dziwnego, że znalezienie potrzebnych informacji nie nastręcza żadnych trudności. A w dodatku zdobią go piękne, zimowe fotografie.
Rozpoczyna się klasycznie - mamy więc słów parę o sprzęcie narciarskim i jego doborze (Maciej Żemojtel radzi kupować nowy, markowy sprzęt, a nie wysłużony ekwipunek; oczywiście, nie musi być z górnej półki"), konserwacji, ubiorze oraz bezpieczeństwie i narciarskim savoir-vivre′u (jak zachowywać się na stoku i wyciągu narciarskim, by nie przeszkadzać innym, a samemu dobrze się bawić). Znajdziemy w nim również Międzynarodowy Dekalog Narciarza FIS, numer alarmowy (0601100-300), a także adresy i numery telefonów poszczególnych grup Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego oraz Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Kolejne, prawie 150 stron docenią zaś wszyscy, którzy w tym sezonie zamierzają wybrać się na narty. Piotr Graboń zebrał nie tylko podstawowe informacje o liczbie wyciągów oraz tras (ich długości, przepustowości, typie, stopniu trudności, oświetleniu lub nie...) w poszczególnych miejscowościach, ale także pokusił się o odnalezienie wyciągów w najbliższej okolicy. Doradza również, gdzie można się jeszcze wybrać na narty (w grę wchodzą także Słowacja i Czechy), gdyby przypadkiem znudziło nam się szusowanie w wybranym przez nas miejscu, co zobaczyć, a także gdzie można aktywnie wypoczywać (narciarstwo biegowe, aquaparki, baseny, kręgielnie). A benedyktyńskiej wręcz pracy wymagało zebranie informacji - adresy, telefony, strony internetowe, krótka charakterystyka - o hotelach, schroniskach, kwaterach prywatnych, pensjonatach, restauracjach, barach, wypożyczalniach sprzętu narciarskiego, szkółkach narciarskich, informacji turystycznej. To robi wrażenie. Od innych tego typu zimowych wydawnictw przewodnik wyróżnia jeszcze jedno - radosna zieleń mapek... Jest ich kilkadziesiąt! Na skrzydełkach okładek odnajdziemy mapy Karpat, Karkonoszy, a także Gór Sowich oraz Kotliny Kłodzkiej.
A, że przewodnik jest nie tylko dla narciarzy - co głosi druga część tytułu - więc i zwykli turyści mogą bez obaw zapakować go do plecaka lub walizki. Oprócz wyciągów i tras narciarskich opisane są w nim bowiem poszczególne miejscowości, a także najciekawsze miejsca znajdujące się w okolicy. Przyda się na pewno, nie tylko podczas wyboru ośrodka narciarskiego, ale także już na miejscu, choćby w czasie spaceru.
- 1
- ...
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!

























