Helion SA
ul. Kościuszki 1c
44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
e-mail: sklep@bezdroza.pl
redakcja: redakcja@bezdroza.pl
informacje o księgarni bezdroza.pl
© Bezdroża 2012
- Księgarnia
- Książki podróżnicze
- Campa w sakwach, czyli rowerem na D...
Informacje podstawowe
Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata. eBook
Autor: Piotr StrzeżyszWydawca: Wydawnictwo Bezdroża
Data wydania: 2012/01
W wersji:
PDF
| » Kup wydanie papierowe | » Znak wodny | » Pomoc |
Szczegóły
- Oznakowanie:
- Znak wodny
- ISBN:
- 9788324648047 / 978-83-246-4804-7
- Stron:
- 280 (w wersji papierowej)
- Numer z katalogu:
- 8132
Informacje dodatkowe
- Opinie czytelników (liczba ocen: 1)

- Oceń książkę
- Zgłoś erratę
- Poinformuj znajomego o książce
- Recenzje prasowe
- Wydrukuj: opis,
- Katalog:
Książki podróżnicze - Serie wydawnicze:
Szlaki Ludzi Ciekawych - Destynacje:
Azja/Tybet
Tybet – niedostępna, bezkresna kraina otoczona najwyższymi górami świata. Pogrążeni w modlitwie mnisi i pasterze pędzący swoje stada przez pustynne wyżyny. Czy wybierając się do tego kraju można jeszcze odkryć coś nowego, tylko dla siebie? Dlaczego nie?!

Autor książki Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata pokazuje, że z perspektywy rowerowego siodełka świat wygląda zupełnie inaczej, że nie ma takich problemów, z którymi nie można sobie poradzić, ani takich miejsc, których nie można odwiedzić. To książka o niezależności, jaką daje podróżowanie rowerem, o samodzielnym odkrywaniu nowych, nieprzetartych szlaków i przypadkowych spotkaniach z życzliwymi ludźmi.
Za swoje rowerowe podróże Piotr Strzeżysz został dwukrotnie wyróżniony prestiżową nagrodą podróżniczą Kolosy:
Kolos 2007 - wyróżnienie za przejazd rowerem przez Himalaje w bardzo trudnych, zimowych warunkach, przy temperaturach wynoszących nierzadko -30 stopni Celsjusza.
Kolos 2008 - wyróżnienie za będącą wyrazem ogromnej determinacji, siły, ale i pokory wyprawę "Que te vaya bien!": 9-tygodniową samotną rowerową przeprawę przez Andy w zimie. W jej trakcie przebył blisko 4000 km, pokonał łącznie prawie 40 km przewyższeń i dwukrotnie próbował wjechać na wulkan Aucanquilcha.
Blog Piotra On the bike został nominowany w konkursie Travelery 2011
w kategorii Blog Travalerowca. Czytaj więcej.
Patroni medialni:
Osoby, które kupowały tę książkę, często kupowały też:
Ocena : 5
2012-05-07
Arkadiusz Leśniak
„Campa w sakwach, czyli rowerem pod bezdrożach Tybetu” to historia opowiadająca o dwóch wyprawach do Tybetu. Do miejsca magicznego, ale i trudnodostępnego, bowiem podróżowanie po tej krainie wymaga uzyskania wielu zgód. Autor udowadnia jednak, że Tybet da się zwiedzić, pokonując go rowerem i co ważne, można go w ten sposób poznać o wiele lepiej niż przeciętny turysta korzystający z wygód na czterech kółek.
Autor książki, Piotr Strzeżysz, nie jest rowerowym nowicjuszem – to zapaleniec, który zwiedził wcześniej ponad trzydzieści krajów na czterech kontynentach. Jego pozytywne nastawienie oraz ciągła ciekawość sprawiają, że historię jego podróży wspaniale się czyta.
Podróżując samotnie na rowerze, poznaje on miejsca na ogół niedostępne zwykłym turystom. Autor często korzysta z gościny miejscowych lub uprzejmości i pomocy spotkanych po drodze robotników. Wówczas na moment ma okazję podpatrzyć zwyczajne życie tych skromnych ludzi. Na pożegnanie często dostaje od nich tytułową campę – czyli tybetańską potrawę mającą dawać siłę i energię na cały dzień.
Po przybyciu do Chin szybko okazuje się, że jednym z ważniejszych problemów wyprawy jest bariera językowa. Z bezsilnością wywołaną całkowitym brakiem zrozumienia autor książki spotyka się często, czy to na ulicy w dużych miastach, gdzie jest całkowicie ignorowany, czy na stacjach kolejowych, gdzie często okazuje się, że albo nie ma dla niego biletów, albo pozostały już tylko te drogie...
Autor „Campy w sakwach” nie rysuje nam cukierkowego obrazu Tybetu. Nie tak rzadkie pozostaje zawyżanie rachunków, wszechobecne prośby o wsparcie (money! money! money!) czy ucieczka przed kamieniami rzucanymi przez dzieci.
Tego typu wątpliwe atrakcje nie są w stanie jednak odebrać autorowi radości z faktu bycia w drodze. Widać, że każda chwila spędzona na rowerowym siodełku jest tą najlepszą.
Wyprawa opisana jest w sposób ciekawy i barwny. Poznajemy Lhasę, snujemy się z autorem po drogach Tybetu, docieramy w końcu do bazy pod Everestem.
Trzeba pamiętać, że to nie jest rowerowa eskapada po miejskim parku tylko przejazd przez Tybet! Nie ma co ukrywać – to wyprawa dla prawdziwych rowerowych twardzieli, którym nie straszne jest pokonywanie dużych wysokości po kiepskich drogach, czy nawet w głębokim śniegu.
Magię tej wyprawy wzmacniają liczne zdjęcia, które stanowią fantastyczne uzupełnienie historii, a także poglądowa mapka, dzięki której możemy śledzić trasę przejazdu. Książkę tę można bowiem traktować jako swoisty przewodnik po Tybecie, czy po zwyczajach panujących w Państwie Środka.
Jedno jest pewne – każdy marzyciel o dalekich wyprawach będzie czytał ją z zapartym tchem i pewnie zainspiruje ona wielu czytelników do zwiedzenia tej niezwykłej krainy…
next.pl; 2012-04-17
„Campa w sakwach, czyli rowerem na dach świata” Piotra Strzeżysza to pierwsza książka z serii Szlaki ludzi ciekawych, którą przeczytałam i kolejna o podróży rowerowej.
Tytuł serii zobowiązuje oraz składa obietnicę. Jak się okazało zarówno po pierwszej jak i ostatniej stronie- z pokryciem!
Książki można czytać z różnych pobudek. Podróżnicze głównie dlatego, by przenieść się w inny świat, by przeczytać jak dostać się w miejsca, do których podobno dotrzeć trudno albo wręcz do których dotrzeć się nie da! Takie miejsce, jako cel podróży wybrał autor. Tybet. Wg wszelkich znaków na niebie i ziemi, podróż, której odbyć nie można bez pliku stosownych pozwoleń, nie będąc członkiem większej grupy lub wycieczki zorganizowanej. Podróż rowerowa po Tybecie? Zabroniona.
W swej odwadze, delikatnej ignorancji i niechęci do wszechobecnej biurokracji podróżnik decyduje się wykupić tylko jedno- z wielu ponoć koniecznych- pozwolenie, którego i tak nikt przez cała drogę od niego nie zażądał.
Oczywiście podróż nie mogła się odbyć tylko i wyłącznie ze względu na determinację autora, bo i ta na nic się zdawała, gdy na przykład próbował kupić bilety. Jak zawsze na drodze pojawiali się życzliwi ludzie, którzy pomagali walczyć z oporem materii w tym przypadku językowej lub ratowali strudzonego, rowerowego włóczykija ciepłym posiłkiem i dachem nad głową. Nie brakowało też sytuacji w których jedyną reakcją na spotkanie drugiego człowieka było narastające zdziwienie i złość, jak choćby wtedy, gdy napotkane dzieci natarczywie żądały pieniędzy.
Oprócz wrażeń gwarantowanych podczas lektury książki podróżniczej(spora dawka praktycznych informacji, piękne zdjęcia), niekłamaną przyjemność sprawiły mi fragmenty niejako filozoficzne. Momenty, w których autor dzieli się z czytelnikiem rozważaniami o naturze głębszej niż trasa, posiłek, który trzeba zdobyć lub przeszkody, którym trzeba podołać. Nie brak myśli o idei podróżowania rowerem, o sztuce prostoty i odwadze w podróży! A wszystko przyprawione szczyptą- nie tak pikantnych jak chińskie jedzenie- dystansu i humoru jakie towarzyszą autorowi w postrzeganiu otaczającego go świata.
„Rower to wolniejsze odkrywanie, głębsze poznawanie i wolność wyboru, niezależność i samowystarczalność. Rower prowadzi Cię do miejsc, o których nie wiedziało się, że istnieją, pomaga przeżyć chwile, o których nie myślało się, że mogą się wydarzyć. Niezaplanowane, ulotne jak kurz nieprzebytych jeszcze dróg. Gdyby nie rower, umknęłyby niezauważone, przejechane, migawkowo dostrzeżone z okna pędzącego autobusu lub jeepa. Bo są takie chwile, obrazy, spotkania, które zdarzają się tylko gdzieś pomiędzy, a rower pozwala im zasinieć.” (str. 43)
„Uśmiecham się. Cały mój dom razem z meblami upchany w czterech niewielkich sakwach. Dobra, krzepiąca myśl jak niewiele potrzeba do życia.” (str.15)
„Kreślenie czarnych scenariuszy jest jednak pozbawione sensu (…) Pewien stopień ryzyka i niebezpieczeństwa jest wpisany w wędrówkę i trzeba go umieć zaakceptować i nie myśleć o nim, w przeciwnym razie nie ma sensu wybierać się w podróż. Lepiej zostać w domu przed telewizorem albo pokopać ogródek.”(str. 169)
Ciekawym- częściowo wymuszonym przez sytuację, jaka miała miejsce na koniec letniej wyprawy Piotra- zabiegiem jest umieszczenie w książce relacji z drugiej- niemal lustrzanej podróży na Dach Świata i dalej. Sporą część trasy autor odbywa ponownie, tym razem zimą a wtedy nieoceniona okazuje się tytułowa campa czyli…
Musicie przeczytać sami- gorąco polecam!
mumagstravellers.blogspot.com; 2012-04-04
„Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata” to zapis samotnej rowerowej wyprawy autora po Tybecie. Czy tak się da? Niby nie, podróżowanie po Tybecie jest ograniczone wieloma restrykcjami. Oficjalnie nie ma mowy, żeby podróżować tam bez specjalnego kompletu zezwoleń, zorganizowanej grupy turystów, poruszać się można tylko wyznaczonymi szlakami. Jednak autor nie zniechęca się takimi informacjami, bierze rower i wyrusza do Chin. Okazuje się, że najbardziej niedostępna część Państwa Środka, zarówno geograficznie, jak i politycznie, da się zjeździć rowerem, byle tylko nie poddawać się przeciwnościom i wierzyć, że się uda.
Wyprawa Piotra robi wrażenie. Samotnie podróżując po Tybecie poznaje miejsca niedostępne zwykłym turystom. Wioski rozrzucone po Tybecie stają przed nim otworem. Poznaje mieszkańców i ich codzienne życie. Mimo bariery językowej często udaje mu się skorzystać z ich gościny, schronić się na noc pod ich dachem, spróbować jedzenia jakim żywią się na co dzień – campy która to wedle tłumaczeń Tybetańczyków jest bardzo pożywna i daje dużo siły.
Książka napisana jest lekkim, swobodnym językiem, czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Autor nie tylko podróżuje przez ciekawą krainę, ale i potrafi o tym interesująco pisać. Poznajemy jego codzienny trud podróży. Wysiłek związany z podjazdami na przełęcze, przyjemność zjazdu, zachwycamy się wraz z Piotrem surową urodą Tybetu i oganiamy się tak jak on od ciekawskich i wszędobylskich dzieciaków. Wraz z nim poznajemy przygodnych towarzyszy podróży z którymi spędza kilka dni, lub tylko kilka godzin, śpimy na twardych podłogach w górskich wioskach lub w namiocie na tybetańskim pustkowiu. Zwiedzamy tybetańskie miasta wraz ze słynną Lhasą, aż w końcu docieramy do bazy pod Everestem, by wrócić z powrotem przez bezdroża do znów do Lhasy. Całość okraszona jest wieloma zdjęciami będącymi dopełnieniem opisów w książce. Naprawdę ma się wrażenie, że uczestniczymy w wyprawie.
Przyznaję, że podziwiam autora za jego odwagę wyruszania na dalekie samotne rowerowe wyprawy. Wrażenia niewątpliwie są niezapomniane i bardzo się cieszę, że udało mi się na tą książkę trafić i ją przeczytać. Kocham rowery i wycieczki rowerowe, ale najczęściej zwiedzam tylko okolice, okazjonalnie zabierając rower na wakacyjne wyjazdy. Dzięki takim ludziom jak Piotr Strzeżysz wiem, że dla człowieka z rowerem nie ma granic. Pewnie nigdy nie odwiedzę Tybetu, ale patrząc na uśmiechniętą twarz autora zerkającą na mnie ze zdjęć w książce mam wrażenie, że jednak trochę tam byłem.
lekturyreportera.pl; 2012-02-20
Autor, Piotr Strzeżysz jest rowerowym zapaleńcem - na jednośladzie zwiedził ponad trzydzieści krajów w obrębie czterech kontynentów. Campa... jest zapisem dwóch wypraw na Dach Świata, które autor odbył w dość specyficznych warunkach - pierwszą podczas pory deszczowej, drugą - w czasie zimy. Mimo problemów z nie zawsze sprzyjającą aurą, chińską biurokracją oraz porozumiewaniem się z miejscową ludnością uśmiech nie znikał z twarzy rowerzysty. Nawet wszechobecne prośby o pieniądze (money, money, money!) - co może dziwić, kierowane również przez napotkanego cyklistę, któremu pomógł w naprawie roweru! - nie mogły odebrać mu radości z bycia w drodze. Dla Piotra bowiem nie jest ważny przebyty dystans czy zwiedzone zabytki, lecz ten swoisty stan, w jaki wprawia go podróżowanie.
Campę w sakwach czyta się szybko i przyjemnie, a liczne fotografie ubarwiają lekturę i nadają jej autentyczności (choć jedna z nich zasiała we mnie ziarnko niepokoju - autor napisał, że spał w domu u Chang Suo, a zza krowy stojącej na podwórku wyziera... rozłożony namiot, obok którego stoi rower). Ogromnym plusem publikacji są też liczne wskazówki, których Piotr udziela na wypadek gdyby któryś z czytelników chciał ruszyć jego śladem. Wprawdzie niektóre przemyślenia autora były zbyt osobiste i nie powinny znaleźć się w książce (kiedy Karina, rowerzystka napotkana w Tybecie, po nocy spędzonej we wspólnym namiocie na kolejny nocleg wybrała hotel, autor skwitował to słowami: Cóż, chyba za słabo grzałem poprzedniej nocy...), a on sam wydawał się osobą niezbyt towarzyską, trudno jednak nie darzyć go sympatią.
Na koniec małe wyjaśnienie odnośnie tytułowej campy, która kojarzyła mi się z campingiem czy obozem, zmieszczonym w rowerowych sakwach. Nic bardziej mylnego! Campa to tybetańska potrawa, składająca się z mąki jęczmiennej wymieszanej z herbatą (oczywiście słoną i z dodatkiem masła).
poczytajka.blogspot.com; 2012-01-13
To zresztą chyba najbardziej rozpowszechniony i znany nam obraz azjatyckiej krainy. Autor miał okazję go zweryfikować i zobaczyć na własne oczy podczas swojej rowerowej podróży, którą odbył latem 2006 roku i powtórzył kilka miesięcy później zimową porą (na znacznie skróconym dystansie).
Zanim koła roweru sakwiarza pomkną na dobre po tybetańskiej ziemi, nieprzejednany podróżnik z niepokorną i niespokojną duszą nomada najpierw pokonuje w stolicy Państwa Środka gąszcz chińskich znaków drogowych (nie do odszyfrowania przez cudzoziemca nieznającego języka chińskiego). Potem, już na wyżynach, aklimatyzuje się, a następnie traci mnóstwo czasu na zdobywaniu rzekomo niezbędnych pozwoleń na wjazd do Tybetu (które okazują się zwykłą formą haraczu). Strzeżysz niezłomnie walczy z wszelkimi niedogodnościami, jednakże do samego końca przeszkodą nie do przejścia pozostaje bariera komunikacyjna. Tu doskonałym i naturalnym wyjściem z sytuacji jest… uśmiech. To on umożliwia nawiązanie i podtrzymanie kontaktu z bardzo powściągliwymi tubylcami, bez którego zresztą wojaż w tak odmiennym kulturowo i klimatycznie kraju byłby niemożliwy. Niemożliwa chociażby ze względu na posiłki, którymi Tybetańczycy niejednokrotnie ratują wygłodniałego podróżnika. Spożywana tam campa często ląduje do sakw rowerzysty.
Książka Piotra Strzeżysza w zarysie ukazuje surowe otoczenie Wyżyny Tybetańskiej i ascetyczne życie jej mieszkańców. W tamtejszych małych wioskach biały człowiek na rowerze to atrakcja, z której korzystają również dzieci, natarczywie żebrząc i z zaciekawieniem macając bagaż przejezdnego. Krótkie opisy i wartki tok relacji doskonale odzwierciedlają tułaczą naturę autora, dla którego nadrzędną ideą jest to, „aby znów być w drodze”. I tak autor po raz kolejny poszerza swój życiowy limes, podobnie jak robił to niegdyś Edward Stachura, który celu życia również upatrywał w wędrówce. Zapis rowerowej wyprawy ubarwiają fotografie, mapka i liczne cytaty z publikacji innych podróżników i reporterów (na przykład Ryszarda Kapuścińskiego), co stanowi dodatkowy atut książki. Jej minusem z kolei dla niektórych czytelników mogą być wplecione w reportaż opisy przeżyć i osobiste przemyślenia autora. Momentami zbyt wydumane, nie zawsze współgrają z prostym i rzeczowym opisem zdarzeń. Na pewno jest to obowiązkowa pozycja dla tych, którzy lubią być w ruchu i dla których Tybet nadal znajduje się „gdzieś poza czasem i przestrzenią”.
rowertour.pl; 2012-01-04
zwiedzamwszechswiat.blogspot.com; 2012-01-02
info.arttravel.pl; 2012-01-02
I to w okresach niezbyt, delikatnie to określając, sprzyjających poznawaniu tego regionu świata. W lecie, a więc okresie pory deszczowej i w lutym, gdy szaleją wichury, mrozy przekraczają 30 stopni, a śniegi potrafią tam zablokować drogi i przełęcze na dłużej.
A jednak autorowi książki wydanej przez „Bezdroża” w serii „Szlaki ludzi ciekawych” obie wyprawy udały się, chociaż nie bez niemiłych przygód. Z których część była do uniknięcia, gdyby starczyło mu czasu, a może i chęci, aby się do niej lepiej przygotować nie tylko pod względem sprzętu, ale również wiedzy o realiach kraju, do którego zamierza pojechać.
Co prawda na końcu książki znajduje się 17 pozycji bibliograficznych z których autor korzystał lub coś cytował, ale tylko kilka z nich dotyczy Tybetu. Przy czym jedna to relacja z podróży po fragmencie tego regionu Azji w końcu… XIX w. Głównym źródłem wiedzy o kraju i trasie, z którego, jak wynika z lektury książki, korzystał podróżnik, był przewodnik rowerowy „Tibet Overland” Kyma McConnell’a … pominięty w bibliografii.
I 3 mapy bardzo istotnie różniących się w szczegółach. A przecież dostępnych jest przynajmniej kilka ciekawych przewodników i książek o Tybecie zarówno w języku polskim, jak i obcych. O licznych, pełnych informacji relacjach podróżników w czasopisamch już nie wspominając.
Czytając „Campę w sakwach czyli rowerem na Dach Świata” odnosiłem jednak wrażenie – być może mylne i dla niego krzywdzące, że autora bardziej interesowała sama podróż, pokonywanie w tak trudnych terenowo i klimatycznie warunkach przestrzeni rowerem, niż sam kraj.
Owszem, trochę ludzie, chociaż wielokrotnie wspominał o barierach językowych, które uniemożliwiały dowiedzenia się czegoś o nich i ich życiu. Trochę krajobrazy z paroma ładnymi ich opisami, gdy gdzieś zatrzymywał się na chwilę lub dłużej. Bo, co stwierdził jednoznacznie, w czasie jazdy nie myśli się o niczym poza drogą.
Podróżuję po świecie od paru dziesiątków lat starając się zobaczyć jak najwięcej, zwłaszcza tego, co jest najistotniejsze dla danego kraju, jego dziejów i kultury. Tym trudniej było mi zrozumieć, jak będąc trzykrotnie w Pekinie, nawet traktowanym tylko jako punkt przesiadkowy, autor nie poświęcił chociażby odrobiny czasu na poznanie najważniejszych zabytków tego miasta.
A wręcz zaszokował fakt, że mając do dyspozycji w sumie ponad 2 tygodnie w stolicy Tybetu Lhasie, jeden z najsłynniejszych zabytków świata – Pałac Potala, byłą siedzibę dalajlamów zamienioną w muzeum, obejrzał tylko z zewnątrz. Nie znalazłem ani słowa w relacji z tej podróży, że w nim był, chociaż jest on przecież dostępny dla zwiedzających.
To trochę tak, jak gdyby bazylikę św. Piotra w Rzymie obejrzeć tylko z wylotu Via Conciliazione, a Wawel z drugiego brzegu Wisły. I to mając czas, aby poznać je dokładniej. W Lhasie autor wspomniał w paru słowach, że był w najważniejszym sanktuarium Tybetu – świątyni Jokhang. Ale już pominął szalenie ciekawy, ogromny bazar dla pątników i turystów wokół niej i na placu Barkhar.
A także najcenniejszy i starszy od niej klasztor Remoche, niewielką, ale bardzo ważną świątynię Tepe Klapkan, czy – również dostępny – letni pałac dalajlamów Norbulingka. W okolicach stolicy odnotował na połowie strony zwiedzenie klasztoru Sera – w tłumaczeniu „Ogrodzenia z róż”, wspomniał jednym zdaniem o klasztorze Drepung.
Z innych zabytków opisał 9–poziomową świątynię ( po tybetańsku mcz’od-rten ) Kumlon w mieście Gyantse, ale błędnie, także w opisie zdjęcia, nazywając ją stupą. Gdyż stupa to charakterystyczna, w kształcie kopuły, rzadziej wieży, sakralna budowla buddyjska. W której z reguły, chociaż nie zawsze, znajdują się szczątki lub prochy któregoś ze „świętych mężów” lub zasłużonych mnichów.
Z niedostępnym, bo nie ma do niego wejścia, wnętrzem. Zaś Kulon to świątynia z 72 kaplicami na kilku poziomach i tylko wieńczącą ten kompleks stupą. Kilkanaście wierszy autor poświęcił też opisowi klasztoru w Sakji, w innej części kraju. Wspomniał i zamaieścił jego zdjęcie - także na okładcde - klasztoru Rongpu pod Mount Everestem. I to już chyba wszystko.
Byłem w tamtych stronach, m. in. w Pekinie i Lhasie oraz ich okolicach, kilkanaście miesięcy przed autorem podróżując po Chinach i Tybecie, chociaż nie rowerem. Znam więc przynajmniej częściowo tamtejsze realia. Tym łatwiej mi ocenić to, co przeczytałem w książce. Jej najlepsze partie, to opisy prób uzyskania zgody na podróż do Tybetu i to rowerem.
Mimo zapewnień chińskich urzędników i biur podróży w kilku miastach na trasie, że zwiedzanie tego autonomicznego regionu przez cudzoziemca na rowerze i w ogóle w pojedynkę jest zabronione oraz podlega karze. A następnie uzyskania przez autora książki, za równowartość kilkudziesięciu dolarów, "Permitu" uprawniającego do 10–dniowej podróży po Tybecie, podczas nielicznych policyjnych czy wojskowych kontroli drogowych okazywało się, że żadne inne dokumenty poza paszportem i ważną wizą chińską nie są potrzebne.
Na to, że jedzie on, rzekomo zabronionym rowerem ( autor nie dał się nabrać na wykupienie „specjalnego” nań zezwolenia za sporą kwotę ) uwagę zwracali tylko mieszkańcy miejscowości, przez które przejeżdżał. Z dużym zainteresowaniem czytałem również o parokrotnych próbach kupienia w Pekinie biletów na dalszą drogę.
Autobusowych, a gdy okazało się to niemożliwe, kolejowych na głównym dworcu w Pekinie. Najpierw do Lhasy, a gdy go przez kolejne dni "nie było", do Lanzhou. Aby stamtąd dostać się autobusami do Golmudu, planowanego miejsca rozpoczęcia podróży rowerem. Podróżowałem koleją też z tego dworca, z informacjami wyłącznie po chińsku.
Tylko w poczekalni dla cudzoziemców, ale aby się do niej dostać, trzeba mieć bilet, pojawiają się informacje po angielsku o konkretnych pociągach. Z kasjerami znającymi – w najlepszym razie – parę słów angielskich. Cudzoziemiec jest tam zupełnie bezradny, bo ilu z nich mówi lub chociażby czyta i pisze po chińsku?
Autor książki miał jednak w tym i paru kolejnych przypadkach sporo szczęścia natrafiając na młodych ludzi uczących się angielskiego, chcących go trochę poćwiczyć praktycznie i skłonnych do pomocy. Bo w Chinach generalna zasada jest taka – a opisy stosowania jej w praktyce należą również do bardzo ciekawych – że ludzie pytani o cokolwiek na ulicy czy w innych miejscach w języku obcym, w ogóle na to nie reagują.
Mijają pytającego jak powietrze. W obawie, jak pisze autor, przed tak ważną na Dalekim Wschodzie „utratą twarzy”. A obejmuje ona również niezrozumienie kogoś, czy niemożliwość odpowiedzi na jego pytanie. Pomija jednak, jakże nadal żywy w starszym i średnim pokoleniu, zakodowany z czasów maoistowskich strach przed konsekwencjami jakiegokolwiek kontaktu, nawet przypadkowego, z „obcymi”.
Nie obawia się tego tylko młodzież ucząca się angielskiego. Ale to, zwłaszcza w Tybecie, kropla w morzu spotykanych ludzi. Znakomicie czyta się też, barwnie opisane, podróże pociągami na długich trasach na podstawie najtańszych biletów. Sceny z niektórych pociągów PKP w okresie przedświątecznym, to w porównaniu z nimi idylla.
Podobnie jazd autobusami, czy korzystania z miejscowej gastronomii. W której cudzoziemcy, zwłaszcza, jak pisze autor, w lokalach bez menu w języku angielskim, płacą znacznie więcej niż miejscowi. W tej dziedzinie mam jednak zupełnie inne doświadczenia, chociaż dotyczą one nie przydrożnej gastronomii, ale miast.
Na spożycie posiłku wybieraliśmy w parę osób niewielkie restauracyjki, najwyżej o 5–6-ciu stolikach, w których nie widzieliśmy żadnej „bladej twarzy”. Wskazywaliśmy, bo o innym porozumieniu się z personelem nie było mowy, kilka dań wystawionych w gablocie lub aktualnie spożywanych przez innych gości i zamawialiśmy po jednym z nich oraz pustym talerzu dla każdego. I z każdej potrawy braliśmy po trochu. Jadając w sumie obficie, smacznie i za niewielkie pieniądze.
W relacji z podróży rowerem po Dachu Świata bardzo ciekawe są też spotkania z ludźmi. Zarówno niemiłe, jak dosyć nagminne domaganie się, niekiedy agresywne, pieniędzy za nic, nie tylko przez dzieci i młodzież. Z kuriozalną sytuacją, gdy przypadkowy tybetański rowerzysta, któremu polski podróżnik pomógł naprawić przebitą dętkę … zażądał pieniędzy. Chyba za to, że pozwolił sobie pomóc.
Bardzo niemiłe, a niestety powszechne, było obmacywanie – też nie tylko przez dzieci – zarówno gołych i owłosionych ( krótkie spodnie ) nóg autora, jak i otwieranie bez pozwolenia jego toreb oraz oglądanie co w nich jest. A nawet próby, raz udaną, bo sytuacja dla wlaściciela stała się niebezpieczna, a protest praktycznie niemożliwy, wybierania sobie z nich czegoś „na prezent”.
Równocześnie przypadkowo poznawani ludzie – opis tych spotkań i warunków w jakich żyją to przeważnie też interesujące fragmenty książki – udzielający podróżnikowi noclegu czy zapraszający go do wspólnego posiłku, często obrażali się, gdy próbował za to płacić. Chociaż zdarzali się i tacy, którzy wystawiali za to rachunek tak wysoki, jak w luksusowym hotelu czy restauracji. No cóż, nie tylko w Tybecie, ale i w wielu innych egzotycznych krajach panuje przekonanie, że przyjeżdżający do nich biali to bogacze, a więc powinni podzielić się swoim majątkiem.
Pomysł podróży rowerowej po Tybecie powstał wiosną, a jego realizacja nastąpiła w lecie 2006 roku. Czasu na solidne przygotowania do wyprawy i lektury było więc mało. Stąd może sporo zaskoczeń podróżnika i jego trudnych chwil na trasie. Autor poleciał do Pekinu samolotem. Następnie pociągiem i autobusami, z wieloma, jak już wspomniałem, przygodami dotarł do Lhasy – stolicy Tybetu, gdzie rozpoczął podróż rowerem.
Z niemiłym początkiem. Okazało się, że jego organizm źle reaguje na tamtejsze, niezbyt przecież wysokie, bo poniżej 4 tys. m n.p.m. wysokości. Mimo iż w czasie kilkudniowej podróży miał trochę czasu na adaptację. W tym przypadku aklimatyzacja zajęła kilka dni, z objawami, na szczęście krótkimi, początków choroby wysokościowej. Ludzkie organizmy różnie bowiem reagują na takie zmiany wysokości.
Startując z Lhasy autor „Campy…” dotarł przez m.in. Shigatse, Lhatse i Baipe do Bazy pod Everestem. W ciągu ponad 2 miesięcy podróży był również w innych miejscowościach południowo – zachodniego Tybetu, a także na północ od stolicy, aż po jezioro Nam Tso. Trasy jakie przejechał mocno obciążonym rowerem – czterema torbami o łącznej wadze, przynajmniej początkowo, kilkudziesięciu kilogramów – przedstawione zostały na mapie na tylnej wewnętrznej, rozkładanej stronie okładki.
Niestety w sposób fatalny. Na jasno kremowym tle, z szarymi terenami górskimi, oznaczono je cieniutkimi liniami. I to żółtą przebiegu wyprawy letniej, zaś jasno niebieską zimowej. W sumie w sposób niemal nieczytelny. A wystarczyło przecież narysować to grubszą linią. W jednym przypadku np. czerwoną, w drugim granatową czy ciemnozieloną.
Nasz podróżnik jeździł w upale, deszczu i gradzie. Pokonał kilka przełęczy powyżej 5 tys. m n.p.m.. Sypiał w taniutkich hotelikach – relacje z nich to kolejna mocna strona książki, w przydrożnych chatach, ale najczęściej we własnym namiocie rozstawianym nierzadko w przygodnych miejscach, również podczas nawałnic. Jadał też różnie, ale bardzo często tytułową campę – tybetańską potrawę narodową.
Jest to mąka jęczmienna ugniatana z herbata lub wodą na ciasto, ewentualnie z dodatkiem cukru lub mięsa i jedzona z miseczki rękoma. No i przywiezione z kraju lub kupowane w sklepach produkty gotowane na kuchence. Dopóki butla do niej nie „wyparowała” z torby nierozważnie pozostawionej z rowerem. Wspomniałem, że jest to relacja z dwu podróży do Tybetu w ciągu kilku miesięcy.
W drodze powrotnej z Lhasy do Pekinu słynnym pociągiem jadącym najwyżej obecnie położoną linią kolejową świata okazało się – autor wcześniej tego nie sprawdził, że nie wpuszczą go do niego z rowerem. Zostawił więc wehikuł przypadkowo poznanej chińskiej studentce, która podczas wakacji pracowała jako kelnerka w Lhasie. Odbiór tego roweru stał się, obok chęci sprawdzenia się na częściowo znanej już trasie w warunkach zimowych, pretekstem do drugiej wyprawy.
Pomysł zgoła absurdalny, ale zrealizowany. Podróżnik – z wieloma przygodami związanymi zarówno ze spotkaniem z tą studentką w mieście Chongqing w którym mieszkała, jak i odzyskaniem roweru pozostawionego u kogoś na przechowanie w tybetańskiej stolicy – przejechał z Lhasy do stolicy Nepalu – Katmandu. Podróż ta opisana została w krótkiej, drugiej części książki „Zimowy Epilog”.
Z kolejnymi spotkaniami, na częściowo nieznanej trasie. W mrozie, śnieżycach, z noclegami tym razem bez namiotu, pod gołym niebem itp. W warunkach wyjątkowo niesprzyjających podróżom, tym bardziej na rowerze. Ale szczęście mu dopisało, plan i powrót do kraju z cennym rowerem został wykonany. W sumie jest to ciekawa i nieźle napisana relacja z tych podróży.
Jej mocną stroną jest też 95 barwnych fotografii, w tym części świetnych. Chociaż… dla mnie to rzecz niezwykła, że nie ma wśród nich żadnych wnętrz tak przecież bogatych w rzeźby, malowidła, ołtarze itp. tybetańskich obiektów sakralnych i klasztorów. Rozczarują się też ci, którzy chcieliby się z niej dowiedzieć czegoś więcej o zabytkach Tybetu. Opisy nielicznych, niekiedy tylko wzmianki, że autor je odwiedził, stanowią objętościowo jak i tematycznie margines tej książki.
Znalazłem w niej także trochę błędów. Zarówno merytorycznych, jak i językowych. Najsłynniejsze tybetańskie miejsce pielgrzymkowe, świątynia Jokghang w Lhasie w jednych miejscach, także w opisie zdjęć, nazywana jest tak właśnie – prawidłowo, w innych fonetycznie Dżok’ang, co może prowadzić do nieporozumień, że chodzi o różne obiekty.
W dwu miejscach: w tekście i opisie zdjęcia, chińskie miasto Chongqing określane jest jako „dwudziestomilionowe”, a nawet „ponad dwudziestomilionowa metropolia”. Tymczasem w Chinach, o ile dostępne mi informacje są nadal aktualne, gdyż zmiany zachodzą tam szybko, w ogóle nie ma jeszcze miasta o takiej liczbie mieszkańców.
Najludniejszy Szanghaj liczy ich nie więcej niż 19 mln. W 1992 roku było ich tam, wg. Nowej Encyklopedii Powszechnej, zaledwie 7,9 mln. Pekin ( wg. NEP w 1991 r. 10,9 mln ) szacowany jest, łącznie z około 2 mln nielegalnych, nigdzie nie zameldowanych mieszkańców, na 17,5 – 18 mln. Natomiast wspomniany Chogqing liczył ich, wg. tego samego źródła, w 1990 r. zaledwie 3 mln. Jeżeli ich nawet od tamtego czasu przybyło, to najwyżej kilkaset tysięcy. Do 20 milionów jest więc baardzo daleko.
Natrafiłem również na sprzeczności między tekstem i ilustrującym go zdjęciem. W pierwszym można przeczytać, że robotnicy ( którzy zaprosili autora na posiłek ) jedli z jednej miski. A na umieszczonym obok zdjęciu widać, jak każdy je z własnej. Trafiają się też, chociaż rzadko, błędy lub niezręczności językowe.
O ile „w drewnianej konwie” można potraktować jako literówkę, to nie da się powiedzieć tego o „drzewcach”, które jakoby, żarzące się, strzelały z pieca. Według Słownika Języka Polskiego drzewce to trzon sztandaru, kosy, dzidy, ewentualnie część omasztowania statku. A w tym przypadku chodzi zapewne o iskierki czy rozżarzone węgle lub drewniane drzazgi.
Dwukrotnie też błędnie wydrukowano rzekomy cytat konduktora – raz kolei transsyberyjskiej, drugi ukraińskiej – na temat zamkniętych okien. Jako analogię do okien w pociągach chińskich, w tym w … klimatyzowanym super pociągu Lhasa – Pekin. Zapewniam, że żaden Rosjanin ani Ukrainiec nie mógł powiedzieć „uże zakryte na zimoj”. Jak już się coś cytuje, to warto sprawdzić czy jest to poprawne.
Autor, nie pierwszy zresztą, bo przed nim jeździli tam w ten sposób inni, udowodnił, że po Tybecie można podróżować także na rowerze. Nawet przeżyć taką podróż w zimie, chociaż to warunki ekstremalne. Przy czym miał on wiele szczęścia, że w lutym na trasie Lhasa – Katmandu śnieg i zaspy pojawiły się dopiero na ostatnim odcinku, tuż przed granicą nepalską. I daly się pokonać.
W relacji z letniej wyprawy, gdy podróżnik z autopsji znał tylko kawałek tej trasy, a resztę z lektury przewodnika, stwierdził, że jest ona wymarzona dla osób lubiących podróże rowerem i nie tak trudna, jak sądził. Nie powtórzył tego po pokonaniu jej w zimie, gdyż chyba nie miał już sił. Nawet, żeby obejrzeć cokolwiek z jakże ciekawych zabytków Katmandu.
Czy inni polscy turyści rowerowi zechcą pójść śladem autora, który na końcu książki w „Garści informacji praktycznych” do tego zachęca, trudno przewidzieć. Ale raczej nie będą to setki chętnych. Podróż na własną rękę, i to na rowerze, po kraju tak niełatwym dla cudzoziemców nie tylko ze względu na bariery językowe i mentalne, ale także biurokrację oraz często zmieniające się przepisy, jest bowiem bardzo trudna i skomplikowana.
Uniemożliwia też, co autor podkreślał wielokrotnie, poznawanie życia, zwyczajów, kultury itd. mieszkańców wobec niemożności porozumienia się z nimi. Tymczasem Chiny i ich regiony oraz krainy, w tym Tybet, należą do najciekawszych, wręcz fascynujących, przy czym szybko zmieniających się, miejsc na naszym globie. Warte są głębszego poznawania. Czy rower zazwyczaj ułatwiający dotarcie tam, dokąd nie ma innego, poza własnymi nogami, środka transportu, w tym przypadku sprawdza się? Po lekturze tej, ciekawej jak już wspomniałem książki, mam co do tego wątpliwości.
globtroter.info; 2012-01-02
Magazyn Rowerowy; 2012-01-02
![]() |
Newsletter |
![]() |
Bezdroża na Facebook'u |
|
Kanały RSS |
|
Bezdroża na YouTube |
|
Komunikator LiveChat |
![]() |
Chcę wydać książkę |
Brakuje Ci jakiegoś przewodnika lub innej publikacji podróżniczej?
Napisz nam o tym!
Pamiętaj żeby zostawić kontakt mailowy



































